Filed under Tajlandia

Jadowity ping pong show

Ponownie Bangkok. Podczas naszego drugiego pobytu, skupiliśmy się na leniuchowaniu i zwiedzeniu trzech kluczowych punktów, których jeszcze nie widzieliśmy: snake farm, Chatuchak market i słynnej, rozpustnej dzielnicy Patpong. Snake farm, jak sama nazwa wskazuje jest farmą węży założoną przy siedzibie Czerownego Krzyża – co do wielkości jest to druga na świecie, której głównym zadaniem jest produkcja serum. W tym celu pobiera się od jej podopiecznych jad, który następnie podaje koniom. Te uodpornione, po kilku miesiącach są gotowe oddać swoją krew, którą następnie wykorzystuje się w produkcji surowicy przeciwjadowej. Codziennie o godz. 11 można zobaczyć jak wygląda zabieg „dojenia” węży – kobry łapane są za głowy i środkową część ciała, a następnie zbliżane do lejka. Węże zdenerwowane całą sytuacją wgryzają się w folie naciagniętą na lejek i wstrzykują jad do środka… Pokaz jest bardzo ciekawy, lecz chyba większe wrażenie zrobiła na nas następna prezentacja, kiedy jeden z pracowników wyszedł na spacer z kobrą królewską… jej wielkość robi wrażenie! Na farmie węży znajduje się równiez budynek przeznaczony celom edukacyjnym, można tam dowiedzieć się wszystkiego na temat jadowitych węży – począwszy od zwyczajów, do ich budowy i postępowania po ukąszeniu. Na farmie mieszka około 30 groźnych węży, co stanowi prawie wszystkie żyjące w Tajlandii (z wyłączeniem morskich).

Kolejnym odwiedzonym miejscem był Chatuchak Market, czyli największy na świecie weekendowy market. Ogrom oferowanych dóbr może podsumować tylko fakt, że po straganach chodzi się z mapą. Ktoś oszacował również, że w trakcie dwóch dni przewija się tam około 200 tys ludzi. Market najlepiej odwiedzić jak najwcześniej – nie ma wtedy jeszcze tylu ludzi i nie jest aż tak gorąco, warto również odwiedzić sektor „opanowany” przez tajskie galerie sztuki i zwierzeta. Na bazarku spędziliśmy 5 godzin, co pozwoliło na obejście 30 % powierzchni tego molocha…

Wieczorem pojechaliśmy na słynną dzielnicę rozpusty, czyli Patpong. Dwie główne ulice wydają się być podzielone na te z domami publicznymi, przed którymi stoją setki młodych Tajek oraz tę drugą, na której co rusz upchany jest klub gogo. Co chwile można usłyszeć: „mister, ping pong szoł?”, a przez otwarte drzwi do klubów zerknąć na uśmiechnięte tancerki. Nawet jeśli nie chce się odwiedzać domów rozpusty, to z ciekawości warto zajrzeć na tę różową dzielnicę- w końcu miejsce to jest rozsławione nie tylko w Tajlandii, ale i na całym swiecie ;)

Tajski boks

Tajlandia. Podróż z Kuala Lumpur do Hat Yai minęła nam zwyczjnie – jednak z małą przygodą na granicy malezyjsko-tajlandzkiej… kierowcy było tak spieszno, że zostawił na niej trzech pasażerów. Niezłe powitanie ;) Na miejscu zamiast na dworzec autobusowy, trafiliśmy do punktu przewoźnika, z którym przejechaliśmy trasę z KL, gdzie próbowano wcisnąć nam bilety na kolejny etap podróży. Jako, że bilety były droższe niż zwykle, do Krabi dostaliśmy się innym busem, skąd łodzią wąskorufową dopłynęliśmy do Railey – kurortu, w pobliżu którego postanowiliśmy spędzić świeta Wielkiej Nocy. Jako, że natrafiliśmy na odpływ, z Railey na plażę Tonsai Bay przedostaliśmy się pieszo, tym samym docierając do wspinaczkowego królestwa zachodniego wybrzeża Tajlandii. Mała plaża objęta w ramiona ogromnych skał oferuje nie tylko mnogość tras wspinaczkowych, ale i wspaniały  klimat… Wielkim plusem tego miejsca jest przeważająca ilość odpoczywających tam backpackersów i ogólnie panujący chillout (w jednej z knajpek znalazłem nawet perkusję, co zaowocowało wieczornym jamowaniem z innymi muzykami).

Gorące morze, wspinaczka, małpy skaczące po dachach w rytmach zielonego dymu, gekony biegające po pokoju, zimne piwko i muzykowanie „wieczorową porą”… czego chcieć więcej? Dla mnie był to raj i gdyby nie wysokie ceny i goniący czas, pewnie zostalibyśmy tam nieco dłużej. Tonsai Bay opusciliśmy w Wlk. Poniedziałek, przedostając się w kierunku wysp wschodniego wybrzeża. Tego samego dnia byliśmy już w Surat Thani skąd mieliśmy odpłynąć promem na  Koh Phangan – niestety dwa lata temu zlikwiodwano bezpośrednie połączenia z tą wyspą (tak nas poinformowano w hotelu, ale ile w tym prawdy?), co zmusiło nas do pozostania na noc w ST , by dnia następnego wypłynąć z Donsak w kierunku gorących wysp. Na Koh Phangan zostaliśmy pięć nocy, tym samym świętując tajski nowy rok, który tak jak u nas w Wielki Poniedziałek, witany jest struuuumieniami wody. Mieszkańcy od samego rana oblewają sie wodą, życząc sobie wszystkiego co najlepsze w nowym roku – po miasteczku ustawiają się również młodociane ekipy, uzbrojone nie tylko w wiadra i miski, ale również szlaufy o dalekim zasięgu :D. Nie wiem jak Ali udało się uniknąć zmoczenia, ale ja niestety poległem – gumowe węże i miski poszły w ruch… J Leniwie spędzone kilka dni będziemy wspominać bardzo miło i …upalnie. Skwar lejący się z nieba potrafił dopiec,co również wpływało na temperaturę morza, która przekraczała chyba 35 stopni – prawdziwa zupa! Było tak gorąco, ze niektóre dziewczęta musiały się kąpać nago… (więcej w tym temacie po powrocie :>)

15 kwietnia opuściliśmy wyspę, kierując się w stronę Bangkoku, do którego wyjechaliśmy bezpośrednio z Surat Thani. Podróż trwała 10 godzin i minęła niezwykle komfortowo – nasz autobus przypominał wehikuł czasu – podświetlany na milion sposobów sprawiał wrażenie jeżdzącej choinki. Jak już wspominam o choince, to muszą być i prezenty. Okazało się, że ktoś w czasie podróży buszował w bagażniku, penetrując niektóre bagaże – nasze zostały w stanie nienaruszonym. Podrózując po Tajlandii należy mieć na uwadze takie przygody i pamiętać o zabraniu najważniejszych rzeczy ze sobą… Ale przejdźmy do Bangkoku. Na jego temat słyszało się niemal legendy i rózne opinie – po przyjeździe spodziewałem się zobaczyć psy bez głów, biegające pomiędzy tak sławnymi obywatelami reprezentujacymi „trzecią płeć”, ale aż tak strasznie to tutaj nie jest ;) Miasto jak miasto.. moloch wielki napchany turystyczną, żądną przygód bracią,  z ciekawymi miejscami i liczbą zarejestrowwanych samochodów siegającą 5,5 miliona. Naszą przygodę z Miastem Aniołów rozpoczęliśmy od znalezienia taniego i czystego hostelu. Zatrzymaliśmy się w New Siam I na Soi Chanasongkram, gdzie pozostaliśmy przez kolejne trzy noce. Jako, że w Bangkoku będziemy jeszcze gościć przed powrotem do Europy, eksplorowanie postanowiliśmy podzielić na dwie tury. Podczas obecnego zwiedzania zobaczyliśmy Chinatown, Wat Phra Kaew, Grand Palace, Anantasamakhom Throne Hall wraz z Vimanmek Mansion, Wang Lang Market, Siriraj Medical Museum i oczywiście pobłkąlismy się trochę bez celu po mieście, aby zobaczyć co w trawie piszczy ;) Chinatown było najwiekszą chińską dzielnicą jaką kiedykolwiek widzieliśmy- stragany ukryte pomiędzy obdartymi budynkami ciągną się niemal kilometrami, a wybuchowa mieszanka kolorów, zapachów i wszechobecnie sprzedawanej chińskiej tandety sprawia, że można poczuć się niczym w filmie z Jackie Chanem. Obowiązkowymi punktami podróży każdego odwiedząjacego miasto są również Wat Phra Kaew Emerald Buddha, Grand Palace, Anantasamakhom Throne Hall oraz Vimanmek Mansion, czyli miejsca bardzo mocno związane nie tylko z historią tego wielkiego miasta, ale przede wszystkim z religią i królem. Obecnie panujący Bhumibol Adulyadej niezbyt przypadł mi do gustu, a to ze względu na przymusowe ubóstwianie jego osoby. Portrety króla znajdują się w każdym publicznym miejscu, co lekko przyprawia o zawrót głowy… W Ananstsmakhom Throne Hall można podziwiać cuda, którymi obdarowywany jest „tajski bóg” w związku z różnymi uroczystościami- podsumowując wszystko opływa w złocie i diamentach wtykanych w każdy podarunek (pewnie za równowartość jednego prezentu np. takiego konio-smoka można by było zbudować kilkanaście domów, ale to już inna bajka). W trakcie tych paru dni odwiedziliśmy również muzeum medycyny, co będziemy pamiętać jeszcze przez dłuuuugi czas. A to za sprawą wyjątkowych eksponatów, takich jak zanurzone w formalinie noworodki z dwiema głowami, zdjęcia dokumentujące różne rodzaje śmierci czy dowody zbroni np. kabel czy sznurek na którym powiesił się jakiś delikwent. Warto tam zajrzeć nie tylko z powodu zobaczenia takich „perełek” jak facet przejechany przez pociąg, ale i również płuca palacza czy wątroba alkoholika…

Jeśli chodzi o transport i ruch uliczny, to jest tu bardzo cywilizowanie (no może z wyjątkiem kierujących tuk tukami). Praktycznie wszędzie można dostać się super tanią komunikacją miejską, wodnymi tramwajami, a gdy już chcemy kątempluwać swoją podróż samotnie- nawet i uczciwą taksówką, posiadającą (o dziwo!) taksometr. Odrebną histrorią są kierowcy tuk tuków, żerujący na turystach. Zazwyczaj bywa tak, że podchodzi do nas Pan oferujący swoją pomoc, pytając skąd jesteśmy, gdzie jedziemy itd, by po chwili sprzedać nam jakąś ciekawę bajkę. Np. „Oglądaliście wczoraj telewizję? Nie? Wczoraj w wiadomościach wypowiadał się nasz premier i ogłosił, że dzisiaj (przep.red. :P ostatni dzień święta narodowego) specjalnie dla wszystkich odwiedzjących miasto obniża ceny za przejazd tuk tukami, dlatego zabiore was w przejażdżkę za jedyne x BHT”.

Miasto ma swój specyficzny klimat, np. restauracje których menu to album ze zdjęciami, czy potrawy z bonusem w środku (w moim pad thai znalazłem gumkę recepturkę ;) Mimo, że psy wyglądają tu zupełnie normalnie, to niczym nadzwyczajnym jest zobaczenie spacerującego szczura. Na ulicy kupić moża wszystko – począwszy od podrobionego prawa jazdy, a kończąc na wizie do Chin czy Kambodży, nie wspominając o masowo sprzedawanych podróbkach. Ogólnie jest ciekawie, dlatego wrócimy tu jeszcze na kilka dni przed wylotem, by zobaczyć co słychać na słynnym Pang Pong i w kilku innych miejscach. Tymczasem kierujemy się w strone Kambodży.