Filed under Singapur

Magiczne Cameron Highlands czyli witamy w Azji

Singapur ach singapur. Wiele się słyszało na temat tego miasta – państwa i większość z zasłyszanych wcześniej rzeczy jest prawdą. To prawda, że jest to kraj wszechobecnych kar… jazda na rowerze przez tunel: 1000$. Palenie fajek w miejscu publicznym: 100$ itp. Nie pójdziemy jednak za kratki za żucie gumy w miejscu publicznym, ale za to nie kupimy jej w żadnym sklepie (oprócz apteki) – w ten sposób dba się o czystość chodników i wlepiania wyżutych gum gdzie popadnie. Niby jest tutaj mega bezpiecznie, ale jak uprzedziła nas cs’urferka, należy uważać na złodziei w China Town oraz kradzieże  butów pozostawionych przed wejściem do domu… To prawda, że herosi rozpływają się tutaj pod wpływem ciepła. Jest tak parno i duszno, że bez klimatyzacji ani rusz. W Singapurze spędziliśmy dwa dni nie omijając Little India, China Town i City. Same szklane blokowiska niczym nie różnią się od pozostałych wielkich miast, może jedynie wielką fantazją architektów (mam nadzieję, że w naszym kraju nie powstaną takie „cuda” jak kasyno). Podczas naszej wizyty odwiedziliśmy również najstarszy singapurski cmentarz, gdzie wraz z rodzimymi mieszkańcami uczestniczyliśmy w małym proteście dotyczącym wybudowania autostrady biegnącej przez jego centrum. Podsumowując wizytę w Singapurze: bez rewelacji, a jeśli bez rewelacji, to ruszamy dalej czyli na północ.

Malezja. Przekroczenie granicy przebiega w dosyć ciekawy sposób. Najpierw wsiada się w autobus jadący w stronę przejścia granicznego, następnie stępluje wyjazd z Singapuru, by ponownie wsiąść w nastepny bus transportujacy na stronę Malezyjską, gdzie po przetrzepaniu bagaży i kolejnej pieczątce wsiadamy w trzeci już autobus jadący ku stacji autobusowej Johor Bahru. Ale nie zawsze jest tak łatwo: jak dogadać się z kierowcą mówiącym po chińsku? Na szczęście pomógł nam starszy pan – mieszkaniec Malezji, który niemal za rękę przeprowadził nas przez granicę, przestrzegając przed grzywnami jakie mogą nam grozić w jego kraju ;P Z JB, przedostaliśmy się do Melaki, miejscowości znajdującej się na trasie do Kuala Lumpur. Samo miasto, choć podobno jedno z piękniejszych w Malezji, specjalnie nas nie zachwyciło – szczęśliwym trafem w czasie naszego pobytu odbywał się cotygodniowy festyno-targ w chińskiej dzielnicy, dzięki czemu mogliśmy zobaczyć jak bawią się lokalni mieszkańcy. Z „atrakcji” miasta można wyliczyć kilka zardzewiałych okrętów, replikę portugalskiego statku i wszechobecne t(ł)uk-t(ł)uki, czyli rowerowe riksze które przyozdobione różnobarwnymi kwatami i światełkami, suną  ulicami miasta, wożąc turystów spod których tyłków wydobywają się oszałamiająco głośno dźwieki przebojów ostatniej dekady. W Melace spróbowalismy kilku lokalnych potraw i po kolejnych dwóch dniach przedostalismy sie do Kuala Lumpur. Stolica przywitała nas upałem i deszczem, który niczym w boliwijskiej Copacabanie leje tu codziennie mniej więcej od godzin popołudniowych do… momentu aż przestanie ;) Jeśli chodzi o zwiedzanie, KL posiada dobrze rozwiniętą komunikację kolejową, co znacznie ułatwia podróż po mieście. Na miejscu zwiedziliśmy kilka dzielnic, odwiedziliśmy pare  świątyń oraz spróbowaliśmy nowych potraw kuchni indyjskiej i chińskiej. Naszą nową kulinarną miłością są delikatne kawałki kurczaka obsmażane w cieście z posmakiem sezamu i miodu oraz roti canai czyli indyjskie naleśniki podawane zazwyczaj na śniadanie, a także dodatek do dania głównego.  Jako, że człek nie samymi plackami żyje, trzeba czasem coś zobaczyć, a będąc w Kuala nie można pominąć Petronas Towers, czyli jednych z najwyższych bliźniaczych wież mierzących 450 metrów. Do 2004 roku były to najwyższe wieże na świecie i zapewniam – robią wrażenie ;)

Z Kuala Lumpur udaliśmy się do Cameron Highlands i dla mnie, wizyta na herbacianych polach była jednym z najpiękniejszych momentów naszej podróży. Cameron Highlands zaskakują nie tylko tropikalnym lasem czy uprawą truskawek, ale przede wszystkim plantacjami herbaty, której drobne liście mieniące się tysiacami odcieni soczystej zieleni, pokrywają okoliczne wzgórza. Aby zobaczyć plantacje można wykupić kilku godzinną wycieczkę, bądź samemu lokalnym transportem dostać się w okolice herbacianych pól. My oczywiście wybraliśmy drugą opcję, dzięki czemu 2 kilometrowy spacer w stronę centrum uprawy minął nam na podziwniau tego, co inni widzą zza szyb turystycznego busa. Trasa biegła wąską drogą wśród armotacznych, drobnych herbacianych krzaków – bez problemu mogliśmy zejść z niej aby „zanurzyć” się w morzu zielonych listków, by z bliska zobaczyć jak wygląda ciężka praca przy ich zbiorze. Zwieńczeniem herbacianej trasy była wiyta w herbaciarni BOH – największym i chyba najstarszym producencie malezyjskiej herbaty. Na miejscu można zapoznać się z cyklem produkcyjnym oraz zasmakować kilku odmian oferowanych przez BOHa herbat. Mimo, że oferowana przez nich herbata nie była najlepszą jaką mieliśmy okazję sączyć, to widoki i sama „wycieczka”: bajka. W drodze powrotnej „zgarnęło” nas  młode małżeństwo, podwożąc niemal pod sam hostel – to się nazywa malezyjska uprzejmość :)