Filed under Peru

Rozciągnięte Chile

16 stycznia przybyliśmy do Arequipy, drugiego co do wielkości miasta w Peru, gdzie spędziliśmy trzy dni. Na miejscu zobaczyliśmy wszystko, co było do zwiedzenia.  Najbardziej podobał nam się targ, zaprojektowany podobno przez Eiffela (tak tego od paryskiej wieży). Szczególną (jak zwykle) uwagę zwracaliśmy na miejscowe jedzenie. Jak już wiadomo, próbowaliśmy bezbronnej świnki, dowiedzieliśmy się o kotach konsumowanych w Ica, ale i również  o „jugo de rana”, czyli soku z żaby. Do sporządzenia cudownego shakea potrzebna jest żywa żaba (ogłuszona metodą „za nogi i o stół”), kilka nieistotnych składników, oprawca i mikser… więcej chyba nie trzeba opisywać? :) W tym momencie przypomniał mi sie kawał: „Co to jest:  zielone. Pstryk. Czerwone? (…).”  Odpuszczając sobie już kwestie kulinarne, warto wspomnieć o tym, że w końcu udało nam się dogadać z kimś z couchsurfingu w sprawie noclegu. Naszym pierwszym couchem było Mauricio, który wprawił nas w lekkie zdziwienie, zostawiając nam klucze do swojego pustego semi similar house, za co jesteśmy mu bardzo wdzięczni. Przy okazji dowiedzieliśmy się o istnieniu czegoą tak pożytecznego jak solar kitchen (dla zainteresowanych: http://www.youtube.com/watch?v=wyXsYkumHcw).

Z Arequipy przedostaliśmy się do Tacny, również znanej z dzieł słynnego Eiffela, gdzie gościliśmy u belgijskiej rodziny. Z Tacny za pomocą „colectivos” przekroczyliśmy granicę z Chile, zawijając do portu Arica. Trasę pokonaliśmy w pięknym Lincolnie z lat 80-tych, którego maska długości małego fiata wprawiła nas w osłupienie równie mocno jak „ciężka noga” naszego kierowcy. 87 letni kierowca był obywatelem Chile i jak twierdził, kurczaki które je się w Peru powodują bezpłodność, a od coca coli i innych gazowanych napoi ślepnie się najdalej w wieku 80 lat ;) Chile nie zaskoczyło nas europejskimi cenami, na które byliśmy przygotowani. Natomiast miłą niespodzianką okazały się wina ( 3xtańsze niż w Polsce), z którymi nie rozstaniemy się, aż do wyjazdu z „europejskiego” państwa Ameryki Południowej…

22 stycznia, po 24 godzinnej przeprawie z północy, trafiliśmy do La Sereny- ponoć jednego z najpiękniejszych i najstarszych miast Chile. Tutaj poznaliśmy Michała, u którego zostaliśmy na  dwie noce oraz spotkaliśmy się z naszą znajomą Martą, z którą wybraliśmy się zaznać kąpieli w o dziwo cieplejszym (niż w Peru) oceanie. W trakcie wizyty w La Serenie odwiedziliśmy oddaloną o ok 50 km Vicunię, gdzie nocując w robotniczym hostelu, spędziliśmy kolejną noc. Do tejże małej miejscowości przyciągneły nas obserwatoria astronomiczne, rozsiane po okolicznych wzniesieniach, a szczególnie jedno z nich: Mamalluca. Gwoli wstepu- Chile posiada najczystsze niebo na świecie i to własnie tutaj można zobaczyć to czego w innej części swiata raczej gołym okiem nie będziemy w stanie. Wieczorem udaliśmy się do obserwatorium, gdzie podczas iście cudownego spektaklu, nauczylismy się odróżniać gwiazdy pod względem ich wieku, z bliska zobaczylismy Wenus i Jowisza, a takze poszczególne gwazdozbiory.  Niesamowite było to, że mimo iż posiadaliśmy do dyspozycji sporej wielkości teleskopy, to gołym okiem mogliśmy zobaczyć fragment mlecznej drogi czy dostrzec przelatujące nad nami satelity! Dla mnie równie ekscytującym momentem było zobaczenie planet Kastor i Polluks, bedących głowami mojego zodiakalnego bliźniaka. W  Vicuni odwiedziliśmy również  halę produkcyjną lokalnego trunku Pisco, a także zaponaliśmy się z jego bogatą historią (nie zabrakło oczywiście degustacji :) Po dniu spędzonym w Vicuni, powróciliśmy do La Sereny, skąd przedostaliśmy się do Ovalle, gdzie zatrzymaliśmy się u Marty.

 

Nadejszła wiekopomna chwila – CUY

Wczoraj wybraliśmy się do restauracji, aby spróbować typowego peruwiańskiego dania. Już przed przyjazdem do Peru wiedziałem co to będzię i zdawałem sobie sprawę z tego jak będzie to trude. Jako, że chcieliśmy, aby potrawa była przyrządzona w tradycyjny sposób, udaliśmy się do (ponoć) znanej w całej Arequipie Picanterii El Pato, gdzie szerokim uśmiechem przywitał nas młody kelner, oferujący specjalności kuchni. Magii całej knajpie dodawał nie tylko brak „jedynki” naszego kelnera, ale również stara, zakurzona maszyna grająca i reszta klientelii upojonej lokalnym piwem. Po złożeniu zamówienia, na stół przywędrowała przystawka w postaci prażonych ziaren kukurydzy i ostrego sosu, które idelnie komponowały się ze złościstą Arequipeną. No i stało się. Po 20 minutach na naszym stole zagościł cuy – dla niewtajemniczonych – pieczona świnka morska, a wraz z nią marynowany bób, cebula i ziemniaki. Na pierwszy rzut oka, potrawka wyglądała całkiem dobrze, ale gdy zobaczyłem małe nóżki wygięte w cztery strony świata oraz czaszkę rozłupaną niczym orzech włoski chrupany o poranku… skusiłem się jedynie na mięso, które w smaku przypominało kurczaka. Ala oprócz mięsą próbowała również pieczonej skórki, na którą już nie miałem ochoty.

Po spożyciu dania głównego zapytaliśmy jak przyrządza się świnkę i skąd pochodzi ten zwyczaj. I tu uzyskaliśmy sprzeczne informacje- wcześniej przeczytaliśmy, że jest to danie pochodzące z czasów pre inkaskich, zaś właściciel zarzekał się, że jest to danie z Arequipy. Mięso świnki jest bogate w proteiny i zawiera małe ilości tłuszczu, dlatego jest tak smacznym kąskiem dla mieszkańców Peru. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że w Ica, wktórej gościliśmy kilka dni temu, regionalnym specjałem są koty. I wtym momecie wszystko zaczęlo układać się w spójną całość- pierwsze koty które widzieliśmy w Peru, spotkaliśmy dopiero w nadmorskim Chala…

Słońce, deska i piasek w zębach

Marzenia się spełniają. Tak zacznę mój nowy wpis, a to z powodu spełnienia się po jednym z mojego i Ali.

11 stycznia dotarliśmy do Nazca, słynącego z kosmicznych wzorów na piasku, powstałych między 900 a 300 r. pne oraz palącego słońca (tutaj chyba nigdy nie pada). Tajemnicze wzory wykonano prawdopodobnie  w celu nawiązania kontaktu z pozaziemskimi cywilizacjami… Jest to jedna z wersji wyjaśniająca istnienie rysunków. Jednak przez lata nikt nie przedstawił wiarygodnego wytłumaczenia dlaczego i w jakim celu powstały te przedziwne figury, a ich wykonawcy znikneli w tajemniczych okolicznościach.  Aby zobaczyć magiczne znaki, należy wzbić się w powietrze małą awionetką, skąd wraz z wymiotującymi dziećmi można oglądać, to co stworzyli  pradawni mieszkańcy Nazca. Spełniajac to marzenie, Ala pozbyła się kilkuset soli – ale czego nie robi się dla wspomnień? Z racji tego, że takie „cuda” mnie nie bawią (tym bardziej za taką cenę), w tym czasie smacznie spałem w hostelowym pokoju, cierpliwie czekając dnia następnego, gdyż na ten moment czekałem już od dawna. Dzień później udaliśmy sie do miasta Ica, skąd już rzut beretem do Huacachina (malutkiej miejscowości-oazy, znajdującej się na pustyni), gdzie można spróbować swoich sił na piasku. Huacachina- niegdyś kurort, do ktrórego przybywali okoliczni mieszkańcy, a dziś stolica peruwiańskiego sandboardingu oraz przejażdżek buggy.

Sandboarding jest letnią odmianą snowboardu i choć nie jest to szeroko rozpowszechniona dyscyplina sportu, to można jej spróbować nawet w Polsce (np. w Parku Słowińskim). W Polsce niestety nie znajdziemy tak długich stoków, jakie oferują peruwiańsko-chilijskie pustynie… nawyższa góra (Cerro Blanco) mierzy ok 2000 m npm i rekord predkosci zjazdu z niej na desce  wynosi ok 90 km/h.  Jeśli chodzi o nas, to w zamierzchłych czasach próbowalismy swoich sił na stoku, co trochę pomogło przy zjeździe po piachu. Piszę „trochę”, ponieważ istniej kilka różnic na które warto zwrócić uwagę: przed startem należy przesmarować deskę woskiem, a przy zjeździe większy cieżar ciała przenieść na tylną nogę.. dzięki czemu nabierzemy większej predkości i lekko stracimy panowanie nad ślizgiem :) Początkowo zsuwaliśmy się z niewielkich wzniesień, by po kilku zjazdach  nabrać pewnej wprawy i skierować swoje deski na podbój wiekszych i bardziej stromych wzniesień. Osoby, które bały się poczuć wiatr we włosach, stojąc samodzielnie na desce, mogły sie na niej położyć  i w ten prosty (ale jak ekstremalny!) sposób pokonywać pustynne pagórki. Choć szybkość zjazdu nie urywała głowy (może dlatego, że dostaliśmy lekko wybrakowane deski?), to widoki i przejażdżka buggy wyrywają tyłek razem z kręgosłupem. Buggy to ososbna bajka- kiedyś budowałem takie pojazdy z lego technic, a dziś mogliśmy przetestować ich możliwości na żywo :) Jednyn słowem  bomba(!)- doznania niczym w najlepszym rollercasterze, a pikanterii dodaje możliwość wywrotki takiegoż pojazdu. Na koniec pustynnego tripu, obejrzeliśmy cudowny zachód słońca i nastepnego dnia udaliśmy się do Chala- lokalnego nadmorskiego kurortu, tym samym docierajac do wybrzeża oceanu spokojnego. Podczas podróży busikiem byliśmy świadkami wyścigu „Paryż-Dakar”, co trochę urozmaciło naszą trasę.

Chala jest małą, nadmorską miejscowością, znajdującą się pomiedzy Nazca, a Arequipą, gdzie w  hostelu prowadzonym przez starszego pana, spedziliśmy dwie noce. Na miejscu zachwyciły nas setki biegających po plaży krabów oraz kondory, dumnie patrolujace wybrzeże. Naszą uwagę zwróciły również dzieci, wyławiające z morza algi (które następnie sprzedawały z przeznaczeniem na produkcję kosmetyków).

Chale opuściliśmy 15 stycznia, skąd przedostaliśmy się do kolejnej nadmorskiej miejscowości- Camana. Tu już nie było tak sielsko, a plaże usiane turystyczną bracią, przypominały Mielno w szczycie sezonu. Mimo, że miejscowość polecana przez ulotki turystyczne, to raczej nie zachwyca. Brud, zimny ocean i krajobraz niczym po wojnie, toteż nie było po co zostawać na dłużej i nastepnego dnia wyruszyliśmy dalej ku Arequipie, czyli kolejnej gwieździe wśród peruwiańskich miast, której opis już niedługo :)

Dodajemy również kilka nowych zdjęć.

Spojrzeć śmierci w oczy. Derrumbe.

I oto jesteśmy w Peru.

2 stycznia przekroczyliśmy granicę peruwiańską, docierając do Puno – miejscowości będącej słynnym portem jeziora Titikaka oraz jednym z głównych punktów wypadowych na pływające wyspy Uros. Obecnie teren miasta zamieszkiwany jest przez potomków ludu Aymara, będącego jedym z najstarszych w Ameryce Południowej. Miasto z trzech stron otoczone jest górami, zaś od wschodu rozpościera swe ramiona na Titikakę. W Puno mieliśmy okazję skorzystać z usług mototaksówki – jest to pojazd stworzony z przerobionego motoru, posiadającego w tylnej części zabudowane dwa miejsca dla pasażerów. Sama przejażdżka dostarczyła nam nie lada emocji, a to przede wszytskim ze względów bezpieczeństwa. Jak się zwykło mówić w Polsze- w maluchu strefa zgniotu kończy się na silniku, zaś w tym magicznym pojeździe na tylnej folii imitującej szybę :) Jako, że przyjechalismy do miasta głównie w celu zobaczenia słynnych Islas de Uros, wykupiliśmy jedną z wycieczek i popłyneliśmy zobaczyć jak wygląda wodny świat Titikaki. Największe skupisko wysp znajduje się na wschód od Puno i zamieszkują je plemiona Uru, żyjące tam od czasów konkwisty. Nie chcąc popaść w niewolę, postanowili budować swe domy na tafli wody, a ich potomkowie żyją tam do dziś. Obecnie istnieje ponad 40 pływających wysp – każda z nich ma swojego wodza, zaś całość podlega władzy „prezydenta”, będącego reprezentantem całej społeczności. Obecne życie na wyspach kręci się wokół turystów- mieszkańcy żyją głównie z tego co uda im sie wcisnąć zaciekawionym gringos. Oprócz wszechobecnych pamiątek, zobaczyliśmy również jak powstają pływające wyspy i to jak trudne jest na nich życie. Aktualnie mieszkańcy posiadają elektryczność (dzięki bateriom słonecznym), co znacznie ułatwia im życie, ale wilgoć i zimno daje im w kość – i to dosłownie. Spora liczba ludności choruje na reumatyzm. Na wyspach spotkała nas kolejna niespodzianka – Ala (już po raz drugi) mogła poczuć się jak lokalna gwiazda, a to za przyczyną fotografujących się z nią dziewczynek.

Z Puno udalismy się do Cuzco będacego archeologiczną stolicą Ameryki Południowej, i to nie tylko z powodu bliskiej odległości Machu Picchu, ale przede wszystkim sporych pozostałości po inkaskiej zabudowie, która doskonale wkomponowana w obecną architekturę miasta, daje świadectwo bogatej historii tego miejsca. Miasto zostało założone z polecenia boga słońca przez pierwszego władcę Inków Manco Capac, a jego nazwa w języku keczua oznacza pępek świata… Do czasu zdobycia prez hiszpanów, stanowiło stolicę Inków, a dziś jest niekwestionowaną stolicą turystów zmierzających tu z każdej części świata. Jest tu bardzo klimatycznie, a położenie i zabudowa przypominają nam widoki znane już z hiszpańskiej Granady. Na kilka dni zamieszkaliśmy w Hospodaje Inka i każdemu kto zmierza do Cuzco, polecamy właśnie to miejsce. Jest to najpiękniej położony hostel, jaki do tej pory odwiedziliśmy. Jeśli chodzi o kuchnię, to spróbowalismy tu kilku nowych potraw, a jedna przyżądzona przez nas zjednała nam właściciela hostelu i zapadnie nam długo w pamięci. To za sprawą papryczek chili, które mimo, że miały być średnio ostre – okazały się być piekielnie palące oraz kamote (słodkiej odmiany ziemniaka), które kupiliśmy przez pomyłkę (tak na marginesie, można tu dostać kilkanaście rodzajów ziemniaków i tyle samo kukurydzy).

7 stycznia wyruszyliśmy na podbój Machu Picchu, wybierając opcję „budżetową” pomijająca pośredników w postaci biur podróży i drogiej Peru Rail. W Cuzco zakupiliśmy bilety wstępu do machu i tak zaczęła się niezapomniana przygoda… Jak to bywa w Ameryce Południowej – wszystko z opóźnieniem. Autobus do miasteczka Santa Maria według informacji otrzymanych w biurze obsługi turystycznej, miał wystartować między 6 a 7 – na miejscu okazało się, że wg rozkładu pierwszy mamy o 7,30, którym i tak wyjechalismy o 8,20. Trasa przebiegła jak zwykle ciekawie. W autobusie oprócz kotów w workach, towarzyszyły nam psy w kartonach ;P Droga wiodła stromymi zboczami wśród chmur, zaś kierowca nie oszczędzał naszych żołądków, pokonując zakręty z zawrotną prędkością. I byłoby tak aż do pierwszego celu naszej wyprawy, gdyby nie osuwisko ziemi blokujące przejazd. Przymusowy przystanek trwał ok godziny, a czas postoju został niezwłocznie wykorzystany przez dwie Indianki, które całkiem przypadkiem posiadały przy sobie garnki z jedzeniem. Dzięki temu mogliśmy posilić się lokalnym fastfoodem w cenie 2 soli i wyruszyć dalej w drogę. Do St. Marii dotarlismy ok 14,30 skąd wraz z dwójką Argentyńczyków wzięliśmy „taksówkę” za 60 soli i wyjechaliśmy w trase ku Hydroelectrica. Tym razem podróż minęła wśród dżungli bananowców, avocado, dziko rosnącej kawy i przepaści… a przejazdy przez wodostpady dodawały frajdy całej wyprawie. Po kolejnych osuwiskowych przygodach, ok 17 dotarliśmy do elektrowni, skąd rozpoczęliśmy trekking do Aquas Calientes. Drogę udało sie pokonać w 1,5 godziny i tym samym zdobyć żółtą koszulkę lidera, docierając na miejsce już po zmroku. Niezbyt przyjemną trasę po torowisku wynagrodziły nam stada świetlików towarzyszące już od zmierzchu oraz imponujący, iście inkaski krajobraz.

Następnego dnia o godz. 4 rano wyruszliśmy zdobywać Machu Picchu, do którego bram dotarliśmy dwie godziny później. Na miejscu spotkaliśmy poznanych w La Quiace Australijczyków (z którymi bylismy na Salarze), co potwierdziło, że świat jest mały :) Machu Picchu zachwyciło, nawet będąc skąpane w chmurach mgły i strugach deszczu. Spędziliśmy tam kilka godzin i na długo zapamiętamy jeden z nowych siedmu cudów świata.

Początkowo nie chciałem opisywać naszego powrotu do Cuzco, ale to czego doświadczylismy po drodze zasługuje na uwagę.. Z Aquas Calientes tym razem wyjechaliśmy słynną koleją i dotarliśmy nią do elektrowni, z której busem mielismy udać do St. Marii. Niestety busów nie było, a to z powodu kolejnych osuwisk skalnych powstałych pod wpływem ulewnych deszczy. Drogę do St. Teresy (miejscowości znajdującej się pomiędzy hydroelektrownią a St. Maria) pokonaliśmy pieszo, przechodząc po osuniętych głazach, co było dosyć ryzykowne. Zaraz za „górką kamieni” czekał na nas bus, którym odjechaliśmy w stronę kolejnej wsi. I miało być już wszystko ok, ale nie było. Podczas podróży bylismy świadkami sytuacji gdy przed naszym autem „śmigały” głazy o średnicy 1 m – w tym wypadku pozostawało jedynie przeżegnać się i pomodlić. W przypadku spadających głazów, jedyną opcja jest szybki przejazd przez zagrożony teren – wtedy albo się uda albo nie ;] Jeśli nie, to w najlepszym przypadku auto zostaje stratowane przez kamienie (widzieliśmy jak wygląda bus po takiej przygodzie), bądź spada razem z nimi w przepaść. W tym miejscu chcielibyśmy przestrzec wszystkich wyruszających na Machu Picchu pora deszczową – ryzykujecie własne życie! Gdybyśmy do końca zdawali sobie sprawę z wielkiego ryzyka, pewnie odpuścilibyśmy sobie tę wyprawę. Teraz bogatsi o nowe doświadczenia, mamy nadzieje, ze był to pierwszy i ostatni raz, kiedy spotkanie z Bogiem było na wyciagnięcie ręki.

W galerii oczywiście fotorelacja. Nie posiadamy zdjęć z powrotnej trasy…

Czas ochłonąć. Jutro wyjeżdzamy do Nazca. Bez odbioru.