Filed under Boliwia

Copa, copa, copacabana i napar z liści koki.

Do Copacabany dotarliśmy 28 grudnia. Trasa przebiegła klasycznie urzekająco, a oglądając tak piękne krajobrazy, podróż mogłaby trwać godzinami… Zaraz po przybyciu zarezerwowaliśmy miejsce w hostelu i o dziwo znaleźlismy pokój z pięknym widokiem i podłogą pokrytą orzechową deską :) Następnie  wyruszyliśmy w poszukiwaniu taniego i dobrego jedzenia, które również znaleźliśmy w dosyć krótkim czasie (jak zwykle nie zawiodła metoda obserwowania miejsc, w których stołują się miejscowi). Naszym kelnerem był 12 letni Eduardo, a  jedzenie podawane przez niego było chyba najlepszym, którym mieliśmy okazję się posilić. Jeśli jesteśmy już przy kwestii posiłków, to spróbujemy poruszyć Wasze zmysły. To własnie tutaj próbowaliśmy kilu odmian bananów, ciepłych kukurydzianych ciastek zagryzanych świeżywmi figami… Naszym fastfoodem okazał się punkt sprzedaży ulicznej żywności, gdzie wraz z mieszkańcami zajadaliśmy miejscowe „hamburgery” z mięsem mielonym, warzywami i sadzonym jajkiem, zapijajac wszystko naparem z liści koki. Piszę o tym, gdyż jeszcze miesiąc temu chyba nie odważyłbym się zasiąść przy tym ulicznym stole, a teraz czuję się jak w raju… i tylko zerkam na turystów, którzy „wciagają” pizzę, zakrapiając  Johnym Walkerem, zadając sobie pytanie: „o co tutaj chodzi?”  W Copacabanie próbowalismy również kultowego napoju Inca Kola, produkowanego w sąsiednim Peru.

Powracając do kwestii samego miasta, to słynie ono nie tylko z jeziora Titicaca, nad którym jest położone, ale również z góry Kalwarii oraz katedry , gdzie znajduje się słynna figura patronki Boliwii-  Matki Boskiej Dziewicy z Copacabany (posiadajacej indiańskie rysy twarzy). Biorąc pod uwagę dokonane cuda i to jak ważne jest to miejsce dla każdego Boliwjczyka, Copacabanę można śmiało nazwać boliwijską Jasną Górą. To w związku z kopią cudownej figury, znajdujacą sie w jednym z kościołów Rio de Janeiro, nazwano nadmorską dzielnicę tego miasta Copacabaną. Podczas naszego pobytu nad Titicacą, wybraliśmy się również na wyspę Isla del Sol, z której według inkaskich wierzeń pochodzą przodkowie rodu indiańskich plemion. To właśnie tam narodzilo się słońce, a ja spiekłem sobie twarz.

Jednym z ciekawszych obrzędów związanych z Copacabaną są rytuały święcenia samochodów lub ich miniatur, małych domków, zwierząt czy pieniędzy, symbolizujących te realne dobra, których nie można było przynieść ze sobą. Co tydzień w soboty i niedziele odbywa się uroczyste poświęcenie pojazdów, zaparkowanych w tym celu przy wejściu do katedry. Przed obrzędem kierowcy przyozdabiają swoje samochody kwiatami i innymi „cudami”, zaś po uroczystym pobłogosławieniu auta, spryskują je szampanem i piwem, a nastepnie odpalają fajerwerki i obrzucają płatkami kwiatów. Pozostały alkohol oczywiście wypijają – tym sposobem zapewniają sobie łaski na kolejny rok. Po poświęceniu auta, cała rodzina wykonuje sobie pamiątkowe zdjęcie z księdzem oraz przyozdobionym pojazdem. Rodziny fotografują się też ze znanymi osobistościami, dlatego też przez jedną z nich zostaliśmy zaproszeni do wspólnego zdjęcia :)

Jeśli chodzi o Titicacę, to jest to drugie co do wielkości jezioro znajdujące sie w Ameryce Południowej i chyba każdy(?) z lekcji geografii zapamiętał – najwyżej położone na świecie. Otoczone nie tylko pięknymi górami, ale również drobnymi połaciami lasów iglastych. Cieszymy się, że spedziliśmy tu kilka dni, świętując przy tym przywitanie Nowego Roku.

I tak po prawie miesiącu spędzonym  w Boliwii, opuszczamy to piękne miejsce, kierując się w stronę peruwińskiej części jeziora, zmierzjac na spotkanie z mieszkańcami „teatralnych” pływających wysp.

 

Wesołych Świąt!

Chcielibyśmy wszystkim Wam życzyć spełnienia marzeń, odkrywania nowych wspaniałych miejsc, dużo dobra i uśmiechu spotykanego na Waszej drodze, a także zdrowia (które jest najważniejsze).

Przy okazji aktualizujemy naszą galerię :)

Ala i Filip


				

Widzę jak diabeł tu chodzi na palcach. Nabiera tu mocy. La Paz.

Oj życie w La Paz płynie ciekawie… pamiętacie czasy, kiedy za 10 zł można było kupić paczkę fajek, piwko i listek gumy do żucia? W Boliwii za dychę mamy,  papierosy, ćwiartkę whiskey i paczkę gum. Bez problemu moża pójść do burger kinga… ale co z tego, skoro prawie nikt tam nie chodzi, bo jest drogo. Tutaj bieda ma ciemny kolor skóry i ubija kotlety za pomocą kamienia owiniętego w worek, dzieci tańczą za jedego boliwiana, a zwierzęta oprawia sie na ulicy.

Jest w tym wszystkim coś dziwnego, coś co nie pozwala przejść obojetnie.  Miasto podzielone jest na trzy części: pierwszą znajdującą się najwyżej, zamieszkiwaną przez najniższą warstwe społeczną, drugą bedącą na wysokości centrum miasta, stanowiącą tzw. klasę średnią oraz trzecią- położoną najniżej obejmujacą tych najbardziej bogatych. Życie płynie tu szybko, auta dźwiękiem klaksonu starają sie pospieszyć wszystkich jadących przed nimi- i choć na nic to się zdaje, odgłosy trąbiacych kierowców usypiają nas, jak i budzą wcześnie rano. Mieszkamy w centrum, na ulicy „opanowanej” przez fryzjerów(Calle Murilo)- każde wyjście z hostelu wiąże się z zapraszającym wołaniem do „salonu”. I tak jest wszędzie. Obok nas znajdują się również typowo handlowe ulice(Sagarnaga, Mercado Negro), obfite w art spożywcze, a także pamiątki . To własnie tam można kupić świeże owoce, mięso (które o dziwo samo nie ucieka) i typową boliwijską odzież- czapki z nausznikami, swetry, rękawiczki i inne cuda. My niestety musimy ograniczyć się jedynie do kilku pamiątek, gdyż jak wiadomo podczas podróży plecak „puchnie”, a przed nami jeszcze kilka miesięcy… Nie sposób również przejść obojetnie obok ulicy czarownic(Linares), na której indianki oferuja magiczne specyfiki na każdą przypadłość. Znajdziemy tam spreparowane łona lamy, zioła i napary czy wysuszone małe lamiątka. Co kto lubi.

Nie ma tu sklepów ogólno-spożywczych czy samów. Na całe miasto, liczące ok. 1 mln mieszkańców,  są prawdopodobnie trzy sklepy oferujące szerszy asortyment pod jednym dachem. Wszyscy mieszkańcy najczęściej robią zakupy pod domem lub na targu.  Większość towarów zakupimy tutaj na ulicy- począwszy od pieczywa, a kończąc na przedłużaczu czy żarówce. Szczególną uwagę zwracają na siebie punkty oferujące pirackie filmy i programy komputerowe, sprzedawane przy głównych ulicach miasta.  Bez problemu dostaniemy tam gorące filmowe nowości w cenie 3 boliwianów (1,50zł) czy obejżymy z przechodniami film wyświetlany w celach reklamowych. Charakterystyczną cechą miasta sa również budki zajmujące ok 1m2, oferujace towary luksusowe, takie jak cukierki na sztuki, gumy do żucia, papierosy czy napoje na miejscu. Oprócz cukierków są również  słodycze znane z naszych sklepów,no ale luksus kosztuje… za batonik typu Mars należy zapłacić ok 8 boliwianów, czyli praktycznie równowartość obiadu (mimo, że niektóre towary są bardzo tanie, to czekoladki skutecznie „nadrabiają” różnice cenowe innych artykułów).

Jeśli chodzi o kuchnię, to podstawą jest kurczak. Najczęściej smażony w cieście, podawany wraz z ryżem, frytkami, smażonymi bananami oraz zestawem sosów, zaś najchętniej kupowanymi ulicznymi przekąskami są empanady, czyli pierogi z kruchego ciasta wypełnione nadzieniem. Istnieje też sporo punktów oferujacych soki – zazwyczaj świeżo wyciskane bądź w formie koktajli, które można wysączyć na miejscu (ze szklanki płukanej w jednym wiadrze z wodą) lub wziąć na wynos w worku foliowym zwieńczonym rurką J Odrębną kwestią jest sprawa higieny – czasami wolelibyśmy nie widzieć niektórych rzeczy…

Ciekawie jest choć chwilę pomieszkać w tym nadzwyczajnym mieście sprzeczności.

28 grudnia mamy zamiar kierować się w  stronę boliwijskiej Copacabany, gdzie u wybrzeży jeziora Titicaca spędzimy sylwestra.

Od tygodnia w Boliwii

Boliwia. Już na granicy, którą przekroczyliśmy 10 grudnia w miejscowości Villazón, widać sporą różnicę między nią, a argentyńską La Quiaca. Na przejściu granicznym spore kolejki imigrantów „ciągnących” na południe,  w budce celnika na honorowym miejscu fotografia prezydenta Evo Morales Ayma itd. My zaś otrzymujemy pieczątkę upoważniającą do 30 dniowego pobytu oraz kartę wjazdową (znaną już z Brazylii, której strzec należy niczym paszportu), więc ruszamy dalej. Tym razem kierujemy się na stację kolejową, skąd wyruszamy do Uyuni. Pociąg w porównaniu z autobusem, okazuje się dosyć wygodnym środkiem transportu, choć jego prędkość nie powala- 300 km pokonalismy w 11 godzin. Widoki klasycznie cudowne – nawet w nocy. Na miejsce docieramy z 2 godzinnym opóźnieniem, co nie jest niczym nadzwyczajnym.

Rano, razem z poznaną w hostelu grupą, wykupujemy wycieczkę na trzydniowy trip po okolicach Uyuni. Po dwu godzinnym oczekiwaniu na samochód, okazuje się, że w przy wyjeździe z parkingu auto miało stłuczkę i nie możemy wyjechać, a kobieta której płacilismy za transport znika wraz z naszymi pieniędzmi. Pieniądze udaje się odzyskać, ale wyjazd musimy przełożyć na następny dzień.  Gdy rano pojawiamy się przed agencją i widzimy zdezelowaną toyotę land cruiser mamy nietęgie miny. Auto okazuje się jednak niezywkle wytrzymałe – jako jedyne dotrwało do końca wycieczki bez zmiany koła czy innych przygód (nie licząc sytuacji gdy zabrakło nam paliwa 20 km przed Uyuni). Jeśli chodzi o okolice Uyuni, to jest co ogladać… Salar de Uyuni jest pozostałością po wyschniętym słonym jeziorze, znajdującym się na wysokosci 3600 mnpm, zajmuje obszar około 11 tys km2 i jest najbardziej płaskim obszarem na ziemi. Nocujemy w hotelu wykonanym w całości z soli i rano ruszamy w dalszą drogę. Kolejne dwa dni spędzamy w rezerwacie Laguna Colorada, gdzie na wyciągnięcie ręki można zobaczyć flamingi, wykąpać się w gorących źródłach, powspinać się czy zrobić pustynny trekking.

Jesli chodzi o życie w Boliwii, to wszystko wydaje sie dosyć dziwne. Normalnym jest praca nieletnich w sklepach i barach – nawet 6-7 letnich dzieci itp. Jest to najwyżej położony kraj, pełen wielu kontrasów i cudów natury. Pogoda jest bardzo zróżnicowana. W dzień upalnie (ponad 30’C), w nocy zimno (ok 5’C) – w końcu przydały się nasze kurtki.  Większość terenu po którym poruszaliśmy się przez ostatnie dni znajdowała się 3500-5000 m npm, dlatego niektórzy cierpieli na chorobę wysokościową. Nas na szczęście soroche nie dopadła.

Dzisiaj dotarliśmy do La Paz i mamy zamiar zostać tu do Świąt.

Zapraszamy do galerii.