Filed under Australia

Melbourne, Sydney, Cairns. Australia

Kolejnym przystankiem naszej podróży była Australia, a miastem rozpoczynającym krótką przygodę z krainą kangurów – Melbourne. Spędziliśmy tam 4 dni, zatrzymując się u Asi i Zbyszka. Miasto nie zaskakuje niczym nadzwyczajnym, no może za wyjątkiem fruit bats, czyli ogromnych nietoperzy patrolujących Royal Botanic Garden. Melbourne, jak na 4-milionową metropolię przystało, męczy swoją wielkością i tłokiem od którego zdążyliśmy sie już odzwyczaić. Czas spędzony w M. minął na miłym odpoczynku w rodzinnej atmosferze, ekspresowym zwiedzaniu miasta, a także wizycie w oceanarium i na polu golfowym. Dzięki Zbyszkowi mogłem uczestniczyć w rozgrywce mistrzów ;) Zbyszka, Wicka i Roberta, którzy z checią i pedagogicznym podejściem, nauczyli mnie kilku zasad panujacych na polu. Następna rozgrywka już w Polsce!

Z Melbourne udaliśmy sie do Sydney, a naszym środkiem lokomocji był bus, którego odprowadzaliśmy na wschodnie wybrzeże. Mimo możliwości noclegu, stara mazda okazała się trudnym kompanem podróży. Jej apetyt na paliwo i brak wspomagania lekko nadwyrężyły nasze nerwy – nie wspominąjac o zwrocie samego pojazdu, ale o tym za chwilę. Podczas turlania się naszym zółwikiem zahaczyliśmy o Kosciuszko National Park, gdzie zatrzymując się na jedną noc, czuliśmy sie jak bohaterowie Dr Dolitlle. Nockę spedziliśmy w towarzystwie gryzoni, kaczek, królików, przeraźliwie wrzeszczących papug i CZEGOŚ w zaroślach. Ze względu na brak czasu, odpuścilismy sobie zdobywanie Kosciuszki i popędziliśmy dalej przed siebie. Na trasie na zmianę: sucho i mrocznie albo deszczowo i … mrocznie. Btw. Bezcennym jest pokonanie 1200 km rozklekotanym busikiem, gdy obok skaczą małe kangury, a z trzeszczczących głośników wydobywają się kultowe kawałki Queen. Ostatnią noc spędziliśmy na ulicy, parkując na osiedlu domków.

Nadeszła wspomniana wyżej magiczna chwila: zwrot busa w Sydney. Na miejscu kobity z obsługi przetrzepały nasze auto niczym policja z wydziału antynarkotykowego. Okazało się, że niby nie umyliśmy naczyn, ktorych nie używaliśmy i chciano odciągnąć nam pieniądze z wcześniej pobranej kaucji. Ciężko było dyskutować z Australijkami mającymi „PRL” w oczach, tak więc umyłem wszystko co tam chciały ;) i po godzinie oczekiwania (+ płaczu panny A.), otrzymaliśmy zwrot naszej kaucji i udaliśmy się na podbój Sydney. Jak to z naszym szczęściem bywa, hostel w którm się zatrzymaliśmy okazał się być umiejscowiony w King Cross – dzielnicy prostytutek, złodziei i naćpanych nastolatków, czyli mieszanki wybuchowej.  Pomijając kwestię otoczenia, sam hostel posiadał małych domowników i jeden wielki syf. Szerze, to najniższy standard australijski wydaje sie być gorszy nawet od boliwijskiego, ale jak to mówią „nowy experience w podróży zawsze się przyda” więc wieczorem udałem się na obchód po dzielnicy cudów. Jeśli chodzi o Sydney, to spędziliśmy tam 2 dni i według mnie jest ładniejsze od Melbourne. Wszechobecna zieleń, układ ulic i zabudowa przypominają Nowy York, a ceny w City przyprawiają o lekki zawrót głowy (0.5 h parkingu= 12$). Niczym wyjątkowym jest spotkanie faceta w obcisłej sukience lub stanikiem zamiast podkoszulka. Oto czar wielkiego miasta…

Po nocy spędzonej na wycieraczce lotniska w Sydney, przedostaliśmy się do deszczowego Cairns, którego atrakcje zaczynają się i kończą na Wielkiej Rafie Koralowej, czyli największej rafie świata. Jako, że grzechem byłoby nie zobaczyć rafy, wykupiliśmy wycieczkę i skoro świt wyruszyliśmy w stronę podwodnego królestwa. Sama rafa znajduje się ok godzinę drogi od Cairns. W cenie mielismy zejście z butlą i pływanie z rurką, a widoki… co tu dużo mówić… magia! Pływanie z metrowymi żówiami na wyciagnięcie ręki, płaszczkami, wszelkiego rodzaju rybkami i te niesamowite barwy koralowców… to tylko namiastka tego co można tam zobaczyć. Ja dodatkowo miałem okazję spotkać na swojej drodze niewielkiego rekina, co nie zdarza się zbyt często. I tak po doznanianiach, które śnić się będa nam przez następne tygodnie, kończymy przygodę z Australią. Dlaczego tak szybko? Bo drogo ;)

Jutro odlatujemy do Singapuru.