Wietnamski kogel mogel: wkurzające krawcowe, lokalny pogrzeb i zatoka opadających smoków.

Kolejnym miejscem, w którym zatrzymał się nasz sleeping bus było Hoi An – miejscowość znajdująca się w centarlno-wschodniej części Wietnamu. To właśnie Hoi An jest stolicą wietnamskiego krawiectwa, z którego słynie już od dawien dawna. Niegdyś ta mała mieścina była jednym z najważniejszych i największych portów Morza Południowochińskiego, co znacząco wpłynęło na obecny wygląd miasta. Centralna część zabudowy miejskiej została wpisana na listę rejestru zabytków światowego dziedzictwa UNESCO, do czego przyczynił się nasz rodak „Kazik” Kazimierz Kwiatkowski – pracownik polskich PKZetów, który nie tylko nadzorował prace przy restauracji zabytkowej części Hue, ale i również My Son. Za jego namową odrestaurowano przyportową zabudowę Hoi An, co wpłynęło na ponowny rozkwit handlu i turystyki (w ramach wdzięczności postawiono mu pomnik w formie płaskorzeźby, stojący w centrum zabytkowej części miasta). Hoi An to nie tylko kogel mogel japońsko-chińsko-wietnamskiej zabudowy, ale i również wcześniej wspomniane zakłady krawieckie, których znajduje się tu całkiem sporo – ponoć około 1000. Na każdym kroku można uszyć sobie nową kieckę, garnitur, bądź buty… i co najciekawsze firmę można sobie wybrać na miejscu – Chcesz buty adidasa? Uszyjemy adidasa. Może włoskie skórzane? Ok, zrobimy włoskie skórzane ;) Ala skusiła się na zamówienie kilku sukienek, co później okazało się lekką wtopą. I jak to bywa w Wietnamie, sprzedawcy podczas przyjmowania zamówienia są bardzo mili, ale gdy już odbieramy zamówiony towar, sprawa może się trochę skomplikować. Podczas przymiarek było dosyć nieprzyjemnie, co skończyło się moja ogromną kłótnia z jedną ze sprzedawczyń, która oznajmoiła, że plamy na nowej sukience są MOIM PROBLEMEM. Po kilku ostrych słowach zrozumiała, że jednak to nie jest mój problem (wiem, wiem- zbyt często jestem nieprzyjemny dla tych Wietnamczyków… ale każdy kto tu był, rozumie o co chodzi ;) Podsumowując: nie polecamy szycia czegokolwiek w przepięknym Hoi An, no chyba, że ktoś ma czas i ochotę na kłótnie.

Na szczęście nasza wizyta to nie tylko przeboje u „krawcowej”, ale i również smakowanie lokalnej kuchni. Pierwszy raz próbowaliśmy przepysznych fresh spring rolls, czyli sajgonek w miękkim ryżowym cieście, zapijanych również świezym wietnamskim piwem – pycha!

Z Hoi An udaliśmy się do Hue, gdzie zwiedziliśmy zakazane miasto oraz cesarskie grobowce. Na miejscu byliśmy też swiadkami ceremonii pogrzebowej, w trakcie której zostaliśmy zaproszeni na poczęstunek (coś jak nasza stypa). Szczerze, to oprócz arbuza ciężko było zidentyfikować czym nas ugoszczono ;)

Jeśli chodzi o cesarskie grobowce, to zobaczyla je jedynie Ala. Odwiedziła tylko najbliżej leżący miasta grobowiec cesarza Tu Duc, gdyż postanowiła wybrać się na rowerową przejażdżkę. Teren kompleksu to właściwie duży park z kilkoma budynkami (z większości władca korzystał za  życia), fosami i małym jeziorkiem. Grobowiec mieści się na niewielkim wzgórzu otoczonym murem, jednak dokładnie nie wiadomo gdzie spoczywa ciało władcy . Legenda głosi, że nikt z uszestniczących w pochówku nie wyszedł żywy zza muru, by miejsce pochówku zostało tajemnicą. Podobno nawet rodzina tego nie wiedziała. Jednak sam kompleks nie wywarł na niej szczególnego wrażenia. Po Angkor Wat nic już nigdy nie będzie takie samo…

Kolejnym i już ostatnim punktem naszej podróży po Wietnamie była stolica Hanoi oraz oddalona od niej o około 100 km zatoka Ha Long Bay,czyli tak zwana zatoka opadających smoków, będąca jedną z największych atrakcji Wietnamu i Azji. Niepowtarzalność zatoki tkwi w wapiennych wyspach, rozsianych po całej zatoce- jest ich około 2 tys. Ze względu na swoją wyjątkowość, zatoka została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO i nie bez powodu nazywana jest jednym z nowych cudów świata. Większość wysp jest bezludna, a życie toczy się raczej wokół nich. To właśnie na wodzie budowane są domy oraz farmy ryb, które również mielismy okazję zobaczyć z bliska. Chcąc dostać się do Ha Long Bay można skorzystać z dwóch opcji: wycieczki wykupionej w jednym z biur podróży lub na własną rekę. My oczywiście wybraliśmy tę drugą opcję – z Hanoi udaliśmy się do Hai Phong by następnie promem i kolejnym busem dotrzeć do Cat Ba City. Na nasze nieszczęście trafiliśmy do hostelu, w którym nocowała niezwykle liczna wycieczka wietnamskich dzieci, które znalazły sobie znakomitą zabawę – kopanie w nasze drzwi i szarpanie za klamkę. Najfajniejsze było to, że gdy zwracało sie im uwagę, to po chwili robiły to samo, ale z podwójną siłą- wydaje mi się, że to ta magia białych twarzy :D W Cat Ba wykupiliśmy jednodniową wycieczkę w trakcie której odwiedziliśmy zatokę Ha Long oraz mniej uczęszczaną Lan Ha Bay, zobaczyliśmy słynną jaskinię Hang Sung Sot oraz kilka innych wysp, popluskaliśmy się  w cieplutkim morzu i popływaliśmy na kajakach. I tak po ciekawie spędzonym dniu, powróciliśmy do Cat Ba, by dnia następnego przedostać sie do Hanoi. Jak sie później okazało, mieliśmy wielkie szczęście w związku z przepięknie świecącym słońcem podczas wycieczki do halongu– następnego dnia zaczęło lać jak z wiadra i tak już praktycznie do wyjazdu ze stolicy, czyli 23 maja. Jeśli chodzi o życie w Hanoi, to zbytnio nie będę rozpisywał sie w tym temacie- ogólnie głowy nie urywa. Wszyscy oszukują, naciągają i chcą po prostu wiecej zarobić,więc podstawą jest targowanie. Uliczki wąskie, a skuterów jak „mrówków” i co najciekawsze nie odstrasza ich nawet ulewny deszcz, czy autobus oblewający je falą wody o wysokosci 2 metrów. Podziwiam. Jako, że w Wietnamie produkują swoje ciuchy wielkie i znane światowe marki, można tu kupic wiele firmowych ciuchów za grosze np. sportowe buty firmy na A. za jakies 50 zł, czy spodnie jeansowe firmy na L. za 40. I pomysleć, że my „bogaci” Europejczycy musimy płacić  za ten sam towar 6-7 razy wiecej… życie.

 

One thought on “Wietnamski kogel mogel: wkurzające krawcowe, lokalny pogrzeb i zatoka opadających smoków.

  1. radek pisze:

    Rzeczywiście Hanoi to głównie skutery, a jak skutery to też spaliny:(
    Jednak da się również znaleźć miejsca dość urokliwe jak chociażby tzw. West Lake.
    Na Halongu jeszcze nie byłem, ale mam nadzieję, a nawet pewność, że się wybiorę.

    pozdrawiam

Odpowiedz na „radekAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>