Saigon, Mekong, Mui Ne. Wietnam.

Naszym pierwszym przystankiem w Wietnamie jest Sajgon, obecnie nazywany Ho Chi Minh City, do którego przedostaliśmy się bezpośrednim autobusem z Phnom Penh. Na granicy spotkaliśmy sporą wycieczkę Polaków, co uświadomiło nam, że podczas wizyty w Wietnamie chyba będziemy musieli uważać na to co mówimy (a przynajmniej ja)- koniec z wolnością słowa ;)

Sajgon przywitał nas ogromnym tłokiem na ulicach, który na pierwszy rzut oka wprawia w osłupienie – wszechobecne skutery, pchające się w każdym możliwym kierunku, wydają się być w konflikcie z pieszymi, a przejście przez jezdnię przypomina walkę pieszy kontra skuter. Nie bardzo sprawdza się wyuczona od małego metoda przejscia „spójrz w lewo, potem w prawo, a następnie jeszcze raz w lewo”… tutaj należy mieć oczy z tyłu głowy :) Skutery wdzierają się wszędzie – co poniektórzy kierowcy nie zwracają uwagi na czerwone światło, często również skracając sobie drogę korzystając z z chodnika. W HCMC zwiedziliśmy kilka raczej mniej ciekawych „atrakcji” turystycznych i patrząc na to wszystko z perspektywy kilku dni spędzonych w mieście, mogę śmiało stwierdzić, że najciekawsza jest ulica i codzienne życie mieszkających tu Wietnamczyków. Na każdym kroku można kupić coś ciekawego do jedzenia, schłodzić się zimnym mleczkiem kokosowym lub sokiem z trzciny cukrowej, a wieczorami po prostu usiąść przy małym stoliczku (których rozkłada się tu baaardzo dużo) i napić zmrożonego piwka w najniższej cenie jaką spotkaliśmy podczas całej podróży. Myślę, że właśnie ta bezczynna posiadówa przy piwku będzie najmilszym wspomnieniem z Sajgonu, bo czy jest coś przyjemniejszego od obserwowania normalnego życia, popijąjac spostrzeżenia złotym napojem? Siedząc w odległości 20 cm od ulicy, jedzenie samo przychodzi pod nos: suszone kalmary, ślimaki, gotowana kukurydza, kraby, pączki z mięsem i warzywami, orzeszki ziemne i owoce. No właśnie owoce. W Wietnamie dostępne są praktycznie identyczne owoce jak w całej Azji Południowo- Wshodniej – od pospolitych ananasów i bananów, do duriana śmierdziucha, owocu smoka (pitaja) i mangostanu. Jeśli chodzi o ten ostatni, to jest to najpyszniejszy z tropikalnych owoców jaki kiedykolwiek jadłem (ze względu na nazwę proszę nie mylić go z mango;) Mangostan pochodzi z Indonezji i to tam właśnie spróbowalismy go po raz pierwszy. Mimo, że dość niepozorny, w środku kryje soczyste „pestki”, z wyglądu przypominające czosnek, a w smaku coś pomiędzy pomarańczą, a czereśnią – trudno to opisać. Oprócz boskiego smaku, mangostan dostarcza wielu witamin i traktowany jest niczym lek (nie bez powodu nazywany przez Azjatów owocem bogów). Stosowany w medycynie, wykorzystywany jest jako lek antydepresyjny, przeciwzapalny czy zapobiegajacy bólom stawów. Dodatkowo skórka wykazuje działanie przeciwrakowe… Nic tylko wcinać.

Będąc w Sajgonie nie można nie odwiedzić delty Mekongu, tak więc i my wybraliśmy się na jednodniową wycieczkę, aby zobaczyć jak płynie (dosłownie) życie u ujścia jednej z najdłuższych rzek na świecie (prawie 5000 km). Podczas tejże turystycznej wyprawy zobaczyliśmy jak produkuje się cukierki z mleczka kokosowego, posłuchaliśmy śpiewu znudzonych tambylców, pogłaskaliśmy węża i zjedliśmy obiad – czyli wydawać by się mogło jedno wielkie G. A jednak znalazł się moment dla którego warto było tam pojechać, a mianowice podróż małymi łódkami po wąskich kanałach, będących często jedyną możliwą drogą do wiosek ukrytych wśród palm i wysokiej trzciny i chwilowej obserwacji codziennego życia tamtejszych mieszkańców. Tak na marginesie jestem pełen podziwu dla dzieciaków kąpiących się w tej śmierdzącej niczym klej skórny rzece (odporne z nich bestie).

W HCMC wykupiliśmy tak zwany open ticket i przedostaliśmy się do Mui Ne, ale nie bez przygód. Po zakupie biletu dostaliśmy jedynie potwierdzenie zapłaty – sam bilet mieliśmy otrzymać przed wyjazdem. Niestety dziewczyna, która miała nam je wydać, najzwyczajniej w świecie ich nie miała, robiąc przy tym głupią azjatycką minę nr 1. Po moich pretensjach, łaskawie zadzwoniła do koleżanki po czym podając mi telefon w geście „masz i walcz sobie o ten bilet”, olała całą sprawe. Kobita przez telefon oznajmiła mi, że bilety otrzyamamy w następnym mieście (jaja jak berety), lecz pod wpływem mojego zdecydowanego tonu udało jej się jednak łaskawie przynieść świstki uprawniające do kolejnych etapów podróży. Zamiast do fajnego, reklamowanego w folderze autobusu, trafiliśmy do starego, śmierdzącego skarpetami wraku. Mimo, że wyjezdżaliśmy o poranku, podstawiono sleeping bus, gdzie miejsca siedzące zastąpione są wąskimi łóżkami – gdyby sen nie był jednym z moich ulubionych zajęć, to raczej ciężko byłoby mi usnąć w tych „luksusach”. I tak po 5 godzinach podróży, dotraliśmy do Mui Ne, czyli nadmorskiego kurortu opanowanego przez rosyjskich turystów. Ruskij jazyk słyszany na każdym kroku i cyrylica na bilbordach, mogą wprawić w lekkie ogłupienie – może trafiliśmy na Krym? W sklepie niespodzianka- na półce 3 wódki: ŻUBRÓWKA, SOBIESKI i jakaś tam ruski nalewacz ;) Ze względu na dobre jedzenie i fajne widoki, postanowiliśmy zakotwiczyć tu na dwie noce.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>