Posted in Maj 2012

Jadowity ping pong show

Ponownie Bangkok. Podczas naszego drugiego pobytu, skupiliśmy się na leniuchowaniu i zwiedzeniu trzech kluczowych punktów, których jeszcze nie widzieliśmy: snake farm, Chatuchak market i słynnej, rozpustnej dzielnicy Patpong. Snake farm, jak sama nazwa wskazuje jest farmą węży założoną przy siedzibie Czerownego Krzyża – co do wielkości jest to druga na świecie, której głównym zadaniem jest produkcja serum. W tym celu pobiera się od jej podopiecznych jad, który następnie podaje koniom. Te uodpornione, po kilku miesiącach są gotowe oddać swoją krew, którą następnie wykorzystuje się w produkcji surowicy przeciwjadowej. Codziennie o godz. 11 można zobaczyć jak wygląda zabieg „dojenia” węży – kobry łapane są za głowy i środkową część ciała, a następnie zbliżane do lejka. Węże zdenerwowane całą sytuacją wgryzają się w folie naciagniętą na lejek i wstrzykują jad do środka… Pokaz jest bardzo ciekawy, lecz chyba większe wrażenie zrobiła na nas następna prezentacja, kiedy jeden z pracowników wyszedł na spacer z kobrą królewską… jej wielkość robi wrażenie! Na farmie węży znajduje się równiez budynek przeznaczony celom edukacyjnym, można tam dowiedzieć się wszystkiego na temat jadowitych węży – począwszy od zwyczajów, do ich budowy i postępowania po ukąszeniu. Na farmie mieszka około 30 groźnych węży, co stanowi prawie wszystkie żyjące w Tajlandii (z wyłączeniem morskich).

Kolejnym odwiedzonym miejscem był Chatuchak Market, czyli największy na świecie weekendowy market. Ogrom oferowanych dóbr może podsumować tylko fakt, że po straganach chodzi się z mapą. Ktoś oszacował również, że w trakcie dwóch dni przewija się tam około 200 tys ludzi. Market najlepiej odwiedzić jak najwcześniej – nie ma wtedy jeszcze tylu ludzi i nie jest aż tak gorąco, warto również odwiedzić sektor „opanowany” przez tajskie galerie sztuki i zwierzeta. Na bazarku spędziliśmy 5 godzin, co pozwoliło na obejście 30 % powierzchni tego molocha…

Wieczorem pojechaliśmy na słynną dzielnicę rozpusty, czyli Patpong. Dwie główne ulice wydają się być podzielone na te z domami publicznymi, przed którymi stoją setki młodych Tajek oraz tę drugą, na której co rusz upchany jest klub gogo. Co chwile można usłyszeć: „mister, ping pong szoł?”, a przez otwarte drzwi do klubów zerknąć na uśmiechnięte tancerki. Nawet jeśli nie chce się odwiedzać domów rozpusty, to z ciekawości warto zajrzeć na tę różową dzielnicę- w końcu miejsce to jest rozsławione nie tylko w Tajlandii, ale i na całym swiecie ;)

Wietnamski kogel mogel: wkurzające krawcowe, lokalny pogrzeb i zatoka opadających smoków.

Kolejnym miejscem, w którym zatrzymał się nasz sleeping bus było Hoi An – miejscowość znajdująca się w centarlno-wschodniej części Wietnamu. To właśnie Hoi An jest stolicą wietnamskiego krawiectwa, z którego słynie już od dawien dawna. Niegdyś ta mała mieścina była jednym z najważniejszych i największych portów Morza Południowochińskiego, co znacząco wpłynęło na obecny wygląd miasta. Centralna część zabudowy miejskiej została wpisana na listę rejestru zabytków światowego dziedzictwa UNESCO, do czego przyczynił się nasz rodak „Kazik” Kazimierz Kwiatkowski – pracownik polskich PKZetów, który nie tylko nadzorował prace przy restauracji zabytkowej części Hue, ale i również My Son. Za jego namową odrestaurowano przyportową zabudowę Hoi An, co wpłynęło na ponowny rozkwit handlu i turystyki (w ramach wdzięczności postawiono mu pomnik w formie płaskorzeźby, stojący w centrum zabytkowej części miasta). Hoi An to nie tylko kogel mogel japońsko-chińsko-wietnamskiej zabudowy, ale i również wcześniej wspomniane zakłady krawieckie, których znajduje się tu całkiem sporo – ponoć około 1000. Na każdym kroku można uszyć sobie nową kieckę, garnitur, bądź buty… i co najciekawsze firmę można sobie wybrać na miejscu – Chcesz buty adidasa? Uszyjemy adidasa. Może włoskie skórzane? Ok, zrobimy włoskie skórzane ;) Ala skusiła się na zamówienie kilku sukienek, co później okazało się lekką wtopą. I jak to bywa w Wietnamie, sprzedawcy podczas przyjmowania zamówienia są bardzo mili, ale gdy już odbieramy zamówiony towar, sprawa może się trochę skomplikować. Podczas przymiarek było dosyć nieprzyjemnie, co skończyło się moja ogromną kłótnia z jedną ze sprzedawczyń, która oznajmoiła, że plamy na nowej sukience są MOIM PROBLEMEM. Po kilku ostrych słowach zrozumiała, że jednak to nie jest mój problem (wiem, wiem- zbyt często jestem nieprzyjemny dla tych Wietnamczyków… ale każdy kto tu był, rozumie o co chodzi ;) Podsumowując: nie polecamy szycia czegokolwiek w przepięknym Hoi An, no chyba, że ktoś ma czas i ochotę na kłótnie.

Na szczęście nasza wizyta to nie tylko przeboje u „krawcowej”, ale i również smakowanie lokalnej kuchni. Pierwszy raz próbowaliśmy przepysznych fresh spring rolls, czyli sajgonek w miękkim ryżowym cieście, zapijanych również świezym wietnamskim piwem – pycha!

Z Hoi An udaliśmy się do Hue, gdzie zwiedziliśmy zakazane miasto oraz cesarskie grobowce. Na miejscu byliśmy też swiadkami ceremonii pogrzebowej, w trakcie której zostaliśmy zaproszeni na poczęstunek (coś jak nasza stypa). Szczerze, to oprócz arbuza ciężko było zidentyfikować czym nas ugoszczono ;)

Jeśli chodzi o cesarskie grobowce, to zobaczyla je jedynie Ala. Odwiedziła tylko najbliżej leżący miasta grobowiec cesarza Tu Duc, gdyż postanowiła wybrać się na rowerową przejażdżkę. Teren kompleksu to właściwie duży park z kilkoma budynkami (z większości władca korzystał za  życia), fosami i małym jeziorkiem. Grobowiec mieści się na niewielkim wzgórzu otoczonym murem, jednak dokładnie nie wiadomo gdzie spoczywa ciało władcy . Legenda głosi, że nikt z uszestniczących w pochówku nie wyszedł żywy zza muru, by miejsce pochówku zostało tajemnicą. Podobno nawet rodzina tego nie wiedziała. Jednak sam kompleks nie wywarł na niej szczególnego wrażenia. Po Angkor Wat nic już nigdy nie będzie takie samo…

Kolejnym i już ostatnim punktem naszej podróży po Wietnamie była stolica Hanoi oraz oddalona od niej o około 100 km zatoka Ha Long Bay,czyli tak zwana zatoka opadających smoków, będąca jedną z największych atrakcji Wietnamu i Azji. Niepowtarzalność zatoki tkwi w wapiennych wyspach, rozsianych po całej zatoce- jest ich około 2 tys. Ze względu na swoją wyjątkowość, zatoka została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO i nie bez powodu nazywana jest jednym z nowych cudów świata. Większość wysp jest bezludna, a życie toczy się raczej wokół nich. To właśnie na wodzie budowane są domy oraz farmy ryb, które również mielismy okazję zobaczyć z bliska. Chcąc dostać się do Ha Long Bay można skorzystać z dwóch opcji: wycieczki wykupionej w jednym z biur podróży lub na własną rekę. My oczywiście wybraliśmy tę drugą opcję – z Hanoi udaliśmy się do Hai Phong by następnie promem i kolejnym busem dotrzeć do Cat Ba City. Na nasze nieszczęście trafiliśmy do hostelu, w którym nocowała niezwykle liczna wycieczka wietnamskich dzieci, które znalazły sobie znakomitą zabawę – kopanie w nasze drzwi i szarpanie za klamkę. Najfajniejsze było to, że gdy zwracało sie im uwagę, to po chwili robiły to samo, ale z podwójną siłą- wydaje mi się, że to ta magia białych twarzy :D W Cat Ba wykupiliśmy jednodniową wycieczkę w trakcie której odwiedziliśmy zatokę Ha Long oraz mniej uczęszczaną Lan Ha Bay, zobaczyliśmy słynną jaskinię Hang Sung Sot oraz kilka innych wysp, popluskaliśmy się  w cieplutkim morzu i popływaliśmy na kajakach. I tak po ciekawie spędzonym dniu, powróciliśmy do Cat Ba, by dnia następnego przedostać sie do Hanoi. Jak sie później okazało, mieliśmy wielkie szczęście w związku z przepięknie świecącym słońcem podczas wycieczki do halongu– następnego dnia zaczęło lać jak z wiadra i tak już praktycznie do wyjazdu ze stolicy, czyli 23 maja. Jeśli chodzi o życie w Hanoi, to zbytnio nie będę rozpisywał sie w tym temacie- ogólnie głowy nie urywa. Wszyscy oszukują, naciągają i chcą po prostu wiecej zarobić,więc podstawą jest targowanie. Uliczki wąskie, a skuterów jak „mrówków” i co najciekawsze nie odstrasza ich nawet ulewny deszcz, czy autobus oblewający je falą wody o wysokosci 2 metrów. Podziwiam. Jako, że w Wietnamie produkują swoje ciuchy wielkie i znane światowe marki, można tu kupic wiele firmowych ciuchów za grosze np. sportowe buty firmy na A. za jakies 50 zł, czy spodnie jeansowe firmy na L. za 40. I pomysleć, że my „bogaci” Europejczycy musimy płacić  za ten sam towar 6-7 razy wiecej… życie.

 

Saigon, Mekong, Mui Ne. Wietnam.

Naszym pierwszym przystankiem w Wietnamie jest Sajgon, obecnie nazywany Ho Chi Minh City, do którego przedostaliśmy się bezpośrednim autobusem z Phnom Penh. Na granicy spotkaliśmy sporą wycieczkę Polaków, co uświadomiło nam, że podczas wizyty w Wietnamie chyba będziemy musieli uważać na to co mówimy (a przynajmniej ja)- koniec z wolnością słowa ;)

Sajgon przywitał nas ogromnym tłokiem na ulicach, który na pierwszy rzut oka wprawia w osłupienie – wszechobecne skutery, pchające się w każdym możliwym kierunku, wydają się być w konflikcie z pieszymi, a przejście przez jezdnię przypomina walkę pieszy kontra skuter. Nie bardzo sprawdza się wyuczona od małego metoda przejscia „spójrz w lewo, potem w prawo, a następnie jeszcze raz w lewo”… tutaj należy mieć oczy z tyłu głowy :) Skutery wdzierają się wszędzie – co poniektórzy kierowcy nie zwracają uwagi na czerwone światło, często również skracając sobie drogę korzystając z z chodnika. W HCMC zwiedziliśmy kilka raczej mniej ciekawych „atrakcji” turystycznych i patrząc na to wszystko z perspektywy kilku dni spędzonych w mieście, mogę śmiało stwierdzić, że najciekawsza jest ulica i codzienne życie mieszkających tu Wietnamczyków. Na każdym kroku można kupić coś ciekawego do jedzenia, schłodzić się zimnym mleczkiem kokosowym lub sokiem z trzciny cukrowej, a wieczorami po prostu usiąść przy małym stoliczku (których rozkłada się tu baaardzo dużo) i napić zmrożonego piwka w najniższej cenie jaką spotkaliśmy podczas całej podróży. Myślę, że właśnie ta bezczynna posiadówa przy piwku będzie najmilszym wspomnieniem z Sajgonu, bo czy jest coś przyjemniejszego od obserwowania normalnego życia, popijąjac spostrzeżenia złotym napojem? Siedząc w odległości 20 cm od ulicy, jedzenie samo przychodzi pod nos: suszone kalmary, ślimaki, gotowana kukurydza, kraby, pączki z mięsem i warzywami, orzeszki ziemne i owoce. No właśnie owoce. W Wietnamie dostępne są praktycznie identyczne owoce jak w całej Azji Południowo- Wshodniej – od pospolitych ananasów i bananów, do duriana śmierdziucha, owocu smoka (pitaja) i mangostanu. Jeśli chodzi o ten ostatni, to jest to najpyszniejszy z tropikalnych owoców jaki kiedykolwiek jadłem (ze względu na nazwę proszę nie mylić go z mango;) Mangostan pochodzi z Indonezji i to tam właśnie spróbowalismy go po raz pierwszy. Mimo, że dość niepozorny, w środku kryje soczyste „pestki”, z wyglądu przypominające czosnek, a w smaku coś pomiędzy pomarańczą, a czereśnią – trudno to opisać. Oprócz boskiego smaku, mangostan dostarcza wielu witamin i traktowany jest niczym lek (nie bez powodu nazywany przez Azjatów owocem bogów). Stosowany w medycynie, wykorzystywany jest jako lek antydepresyjny, przeciwzapalny czy zapobiegajacy bólom stawów. Dodatkowo skórka wykazuje działanie przeciwrakowe… Nic tylko wcinać.

Będąc w Sajgonie nie można nie odwiedzić delty Mekongu, tak więc i my wybraliśmy się na jednodniową wycieczkę, aby zobaczyć jak płynie (dosłownie) życie u ujścia jednej z najdłuższych rzek na świecie (prawie 5000 km). Podczas tejże turystycznej wyprawy zobaczyliśmy jak produkuje się cukierki z mleczka kokosowego, posłuchaliśmy śpiewu znudzonych tambylców, pogłaskaliśmy węża i zjedliśmy obiad – czyli wydawać by się mogło jedno wielkie G. A jednak znalazł się moment dla którego warto było tam pojechać, a mianowice podróż małymi łódkami po wąskich kanałach, będących często jedyną możliwą drogą do wiosek ukrytych wśród palm i wysokiej trzciny i chwilowej obserwacji codziennego życia tamtejszych mieszkańców. Tak na marginesie jestem pełen podziwu dla dzieciaków kąpiących się w tej śmierdzącej niczym klej skórny rzece (odporne z nich bestie).

W HCMC wykupiliśmy tak zwany open ticket i przedostaliśmy się do Mui Ne, ale nie bez przygód. Po zakupie biletu dostaliśmy jedynie potwierdzenie zapłaty – sam bilet mieliśmy otrzymać przed wyjazdem. Niestety dziewczyna, która miała nam je wydać, najzwyczajniej w świecie ich nie miała, robiąc przy tym głupią azjatycką minę nr 1. Po moich pretensjach, łaskawie zadzwoniła do koleżanki po czym podając mi telefon w geście „masz i walcz sobie o ten bilet”, olała całą sprawe. Kobita przez telefon oznajmiła mi, że bilety otrzyamamy w następnym mieście (jaja jak berety), lecz pod wpływem mojego zdecydowanego tonu udało jej się jednak łaskawie przynieść świstki uprawniające do kolejnych etapów podróży. Zamiast do fajnego, reklamowanego w folderze autobusu, trafiliśmy do starego, śmierdzącego skarpetami wraku. Mimo, że wyjezdżaliśmy o poranku, podstawiono sleeping bus, gdzie miejsca siedzące zastąpione są wąskimi łóżkami – gdyby sen nie był jednym z moich ulubionych zajęć, to raczej ciężko byłoby mi usnąć w tych „luksusach”. I tak po 5 godzinach podróży, dotraliśmy do Mui Ne, czyli nadmorskiego kurortu opanowanego przez rosyjskich turystów. Ruskij jazyk słyszany na każdym kroku i cyrylica na bilbordach, mogą wprawić w lekkie ogłupienie – może trafiliśmy na Krym? W sklepie niespodzianka- na półce 3 wódki: ŻUBRÓWKA, SOBIESKI i jakaś tam ruski nalewacz ;) Ze względu na dobre jedzenie i fajne widoki, postanowiliśmy zakotwiczyć tu na dwie noce.

Zabawa z bazooką i kałachem na plecach? Tylko w Kambodży. Tylko w Phnom Penh.

W Phnom Penh spędziliśmy 4 dni i muszę przyznać, że podczas wizyty w tym mieście i ogólnie Kambodży przechodziłem kryzys. I winą tu nie był bród, smród i syf, do których po tylu miesiącach podroży zdążyłem przywyknąć, a po prostu tęsknota za normalnym jedzeniem, własnym łóżkiem, rodziną, znajomymi. W ramach odreagowania zacząłem chodzić na obiad do.. kfc.. cóż życie. Kryzys po pewnym czasie minął, a dokładnie dzisiaj czyli w przeddzień wyjazdu do Wietnamu, heh ;)

Phom Penh jest stolicą Kambodży, która tak niedawno naznaczona ogromną porcją cierpienia i śmierci, powstaje na własne nogi.. niespiesznie i w zwolnionym tempie, ale powstaje. Mimo, że jest to stolica, charakterystycznym jest dla niej „zapach” wsi unoszący sie w powietrzu. Chociaż po głównych ulicach jeżdzą Range Rovery, to nie da się ukryć- boczne ulice pokazują prawdziwy obraz kambodżańskiej stolicy. Bród, smród i ubóstwo- w niektórych momentach trzeba było oddychać wyłącznie przez usta, szczególnie przechadzając się przez stragany z jedzeniem w okolicach ulicy 144 (jak już jesteśmy przy ulicach, to warto wspomnieć, że większość ulic nie ma nazw, a jedynie numery …) i między innymi z tego powodu odechciało mi się stołowania na ulicy. Charakterystycze dla części miasta w której spaliśmy (riverside) są wszechobecne domy publiczne i nocne bary oraz młode khmerki siedzące przed wejściami do nich. Na uwagę zasługują również kierowcy tuk tuków, którzy nie tylko natrętnie proponują swoje usługi, ale i również oferują inne dobra w postaci dragów. Podczas zwiedzania miasta, warto zwrócić uwagę na  modernistyczny budynek Central Market oraz słynny Russian Market. Central Market, ze względu na swoja konstrukcję i wielkość robi naprawdę spore wrażenie, a mnogość sklepików wewnątrz i zewnątrz budynku, pozwalają na chwilowy zawrót głowy nie tylko ze względu na bogactwo oferowanych dóbr, ale i również ilość samych straganów. Russian Market jest typowym polskim bazarem znanym nam dobrze z lat 90’tych, na którym znaleźć mozna pirackie płyty oraz sporą ilość podróbek, czasem nie ustępujących jakością dostępnym w sklepach oryginałom. Na jedym ze stoisk, zauważyliśmy reklamówki jednej z polskich sieci handlowych – do wglądu  w galerii ;) Ala odwiedziła również Pałac Krolewski. Wprawdzie nie był tak okazały i wystawny jak pałac w Bangkoku, ale kilkumetrowy pozłacany Budda czy „odcisk” kilku rozmiarów jego stopy warto było zobaczyć. Niestety  srebrna podłoga w Silver Pagoda jest niemal całkowicie zasłonięta wykładziną. Atrakcją Phnom Penh są również strzelnice, na których za odpowiednią opłatę, można sobie przywalić z bazooki albo postrzelać z kalacha. Co kto lubi.

Będąc w Phnom nie można pominąć Tuol Sleng, będącym muzeum ludobójstwa, które miało tam miejsce w latach 75-79. Na miejscu można zapoznać się z historią liceum przekształconego na więzienie, zobaczyć jak wyglądały cele czy metody przesłuchań…  Piekło Tuol Slong przeżyło jedynie kilka osób (oficjalnie podaje się, że aresztowanych było ok 20 000).

Jednak Kambodżę będę pamiętał nie tylko jako miejsce, gdzie niemal non stop chodziłem wkurzony (było cholernie gorąco, a na dodatek nie miałem ochoty na lokalne jedzenie). Przede wszystkim zapamiętam uśmiechniętych ludzi, którzy tak wiele przeszli w swoim życiu, z ich angielskim wołającym o pomstę do nieba, a także banany o smaku gruszki (!) i przepyszne ananasy.

Wiza do Wietnamu w kieszeni, czyli jedziemy dalej.