„Only one dollar” czyli witamy w Kambodży

Do granicy Kambodży dotarliśmy 19 kwietnia, gdzie dostaliśmy się bezpośrednim pociągiem z Bangkoku. Na granicy należało zapłacić za wizę wjazdową oraz uiścić dodatek w postaci łapówki – Ala do tej pory ma mi za złe, że powstrzymałem ją od kłótni z celnikami… (moim zdaniem nie było warto ryzykować dodatkowymi problemami). Z Poipet przedostaliśmy się do Siem Reap, miasta znajdującego się rzut beretem od Angkoru, czyli największego na świecie kompleksu świątynnego. Całość położona jest na obszarze ok. 400 km2 i obejmuje zespół ok. 1000 świątyń. W okresie świetności, Angkor był największym miastem ówczesnego świata (XI w.), które czterysta lat później z niewiadomych przyczyn zostało wyludnione. Gwoli krótkiego wstępu, Kambodża jest jednym z najbiedniejszych krajów Azji, gdzie około 1/3 mieszkańców zmuszona jest do życia za mniej niż jednego dolara dziennie i mimo, że niegdyś Wielkie Imperium Khmerów obejmowało obszary obecnej Tajlandii, Malezji, Wietnamu, Laosu i Birmy, to w obecnej chwili po tym „złotym” okresie pozostały jedynie wspomnienia.

Zwiedzanie kchmerskiego Angkoru możliwe jest na pięć sposoby: rowerem, tuk tukiem, autem, skuterem, bądź z zorganizowaną wycieczką. My, jako jednostka budżetowa i jakże ceniąca sobie zdrowy tryb życia, wybraliśmy rowery, dzięki którym mogliśmy rozkoszować się nie tylko pięknymi świątyniami, ale i upałem lejącym się z bezchmurnego nieba. Po drugim dniu zwiedzania dostałem lekkiego udaru, którego objawy przypominały malarię – w celu konsultacji udaliśmy się do apteki, gdzie na moje zapytanie „czy ten obszar zagrożony jest malarią?”, usłyszalem odpowiedź „a co, masz malarię?” Ubaw po pachy. W każdym razie mój błąd – brak nakrycia głowy i zbyt mało wysączonej wody wpłynął na nasz dłuższy pobyt w Siemp Reap… Jak się późnej okazało to chyba nie był udar, a lokalnie grasujący wirus. W związku z tym, że moja gorączka stawiała opór wszelkim rodzajom leków, udaliśmy sie do szpitala, z którego wyszliśmy szybciej niż do niego trafiliśmy – podejrzewam, że gdybym miał tam przebywać dłużej niż 5 godzin, wyszedłbym z kilkoma nowymi chorobami + wirusem HIV w prezencie ;) (Kambodża jest największym „zagłębiem” HIV w Azji Płd-Wsh) Odpadające tynki, grzyb na ścianach, chorzy dogorywający na korytarzach… oto obraz kambodżańskich szpitali. Prosto ze szpitala udaliśmy sie do prywatnej kliniki, w której również nie zabawiliśmy zbyt długo – konsultacja lekarska 120 $. Podczas drogi powrotnej do hostelu, podjechaliśmy do jeszcze jednej kliniki, gdzie badany byłem przez podejrzanie wesołego Filipińczyka, a całemu przedstawieniu przyglądało sie 5 Kchmerów (wtf?)… pobrano krew, zadano kilka pytań, skasowano 36 $ i w sumie nic nowego z tego nie wyszło – najważniesze, że to nie malaria ani denga… dopiero podczas wizyty w aptece Ala dowiedziała się, że może to być „jakiśtam” wirus. Na jej pytanie: ‘Jak to wyleczyć?”, usłyszała: „samo przejdzie’. I przeszło, ale kilka ostatnich dni było koszmarem.

Powracając do kwestii zwiedzania, na miejscu istnieją dwie główne trasy: pierwsza licząca ok 20 km, i druga ponad 30 kilometrowa, prowadzące po drogach asfaltowych, zahaczając o te największe światynie. Przed każdą z nich sprawdzane są bilety, a także znajdują się stragany z jedzeniem i zimnymi napojami, których sprzedawczynie przekrzykują się wzajemnie, próbujac zwabić do siebie białą klientelę. Wewnątrz świątyń biegają również lokalne dzieciaki, oferujące pocztówki i inne gadżety (standardowe powiedzenie to „only one dollar”). Niektórzy z małych sprzedawców pytają się o pochodzenie i w celu zabłyśnięcia przed klientem, błyskawicznie rzucają nazwą stolicy danego kraju, licząc przy tym sprzedawane pocztówki w jego języku.

Spośród świątyń, które zwiedziliśmy podczas 2-dniowej wizyty, za najpiękniejsze uważamy: Banteay Kdei, Preah Khan, Ta Som i Ta Prohm. Na deser zostawiliśmy sobie tę najważniejszą, czyli Angkor Wat, której postanowiliśmy przeznaczyć osobne popołudnie. Angkor Wat, to świątynia wybudowana ku czci Wisznu, a jej budowa trwała prawie 40 lat. Otoczona szeroką fosą, urozmaiconą pływajacymi po niej kwiatami lotosu i orchidei, daje wyraz kchmerowskiego piękna w najlepszym wydaniu. Mimo, że do chwili obecnej trwają spekulacje na temat funkcji tej budowli (świątynia czy mauzoleum), pewne jest to, że była i jest najważniejszym miejscem kultu religijnego w kraju, do którego przybywają nie tylko turyści z całego świata, ale i również tłumy pielgrzymów. Każdemu, kto będzie sie tam wybierał, polecam przyjazd po godzinie 17.20 – nikt nie bedzie żądał od nas biletu, a i Angkor będzie niemal pusty, co przy normalnie panującym tam tłoku, ma spore znaczenie (nie słuchajcie strażników i policji, że niby ktoś będzie Was wyganiał- kłamią).

Kompels Angkoru zrobił na nas spore wrażenie, choć muszę przyznać, że spodziewałem się więcej dżungli w dżungli ;) Jeśli chodzi o sposób zwiedzania – rower jest doskonałą opcją, szczególnie od godz 5-6 rano do 11, kiedy to upał jeszcze smacznie śpi…

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>