Rajskie wyspy Bali i Lombok ;)

Ostatni tydzień spędziliśmy na trasie Munduk – Ubud – Kuta Lombok – Kuta Bali. Ubud jest miejscowością TYPOWO turystyczną, znacznie rozsławioną przez „Jedz, módl się i kochaj”… Wielką atrakcją regionu Ubud są różnorakie zakłady lokalnych rzemieślników, gdzie bez problemu można wejść i zobaczyć cały cykl produkcji wszelkiego rodzaju skarbów, przeznaczonych nie tylko na lokalny, ale również zagraniczny rynek. Samo miasto pęka w szwach od turystycznej braci białych turystów, co wygląda niezwykle zabawnie. Zdawać by się mogło, że jest ich tu więcej od lokalnych mieszkańców – może to ta magia beznadziejnej książki i filmu? Ciekawostką są również policjanci, którzy nie tylko kierują ruchem, stojąc na głównym skrzyżowaniu tego „cudownego miasta”, ale również naganiają… Podczas jednodniowej wizyty w Ubud wydawało mi się, że byliśmy jedynymi osobami, które targowały się i to z pozytywnym skutkiem, reszta zostawiała szmal nie zwracając uwagi na faktyczną wartość oferowanych „dóbr”. Tak na marginesie, Indonezja jest nie tylko rajem ze względu na lokalną kulturę i piękno przyrody, ale i również dla osób lubiących się targować.

Z Ubud udaliśmy się Padang Bai skąd wypłynęliśmy w 4-godzinną podróż promem ku Lembar – portowej miejscowości wyspy Lombok. Sama wyspa jest rajem, juz po części odkrytym przez podróżników, jednak nie w takim stopniu jak sąsiadka Bali. Z Lembar udaliśmy się do Kuty, miejscowości położonej na  południu wyspy. Ciągną tutaj surferzy z całego świata, by ślizgać się na lokalnych falach. Ponoć bez problemu konkurują one z hawajskimi – piszę ponoć, bo jeszcze nas tam nie było, a i profesjonalymi surferami również nie jesteśmy 😉 W tej małej miejscowości spędziliśmy 4 noce wylegując się na pobliskich plażach, często zupełnie wyludnionych. Jedynymi osobami, które docierają w takie zaciszne miejsca są poszukujący klientów… sprzedawcy kokosów. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło – świeże mleczko kokosowe zawsze pod ręką.

Jedynym słusznym środkiem lokomocji jest tutaj poczciwy skuter, którym można dotrzeć niemal w każdą „dziurę”. Zresztą cena benzyny sama się prosi, aby wlać ją do baku i przed siebie! (1 litr = 1,70) Mieszkańcy wyspy żyją głównie z turystów, dla których najpierw wybudowano drogi, a następnie lotnisko obsługujące krajowe (a w niedługim czasie międzynarodowe) loty. Jak wszyscy wiemy, u nas zaczyna się od stadionów, a szybkiego połączenia Wrocław – Warszawa jak nie było tak nie ma. Widać w niektórych kwestiach możemy uczyć się od tak słabo rozwiniętych wysp jak Lombok. Zaskakującym jest widok dwupasmowej drogi, na której co jakiś czas lokalni mieszkańcy suszą zebrany przez siebie ryż. Tutaj na drodze panuje zasada silniejszego i szybszego – zerowa znajomość przepisów ruchu drogowego daje się we znaki. Częstym jest tutaj widok kierowców poruszjących się po rondzie w obie strony, a także jadących pod prąd, szczególnie na wspomnianych wyżej drogach dwupasmowych. Podsumowując, poruszanie się po lokalnych drogach jest nieco niebezpieczne, szczególnie gdy podróżuje się bez kasku 😉 Zrezygnowaliśmy z nich z jednego powodu – wszy.

Podczas pobytu natrafiliśmy również na „drobną” ulewę, która podtopiła część miejscowości, nie wyłączając naszego pokoju… ale nie ma jak to mokra przygoda.

I tak po kilku dniach spędzonych na rajskim Lomboku, wyruszyliśmy w dalszą podróż tym razem do Kuty na Bali, będącej wypoczynkową stolicą wyspy, do której ciągna turyści z całego świata. Z tego co słyszeliśmy, Kuta Lombok wygląda jak Kuta Bali w latach 70’tych – mam jednak nadzieję, że ta na wyspie Lombok pozostanie taka jaka jest, jeszcze przez długi czas. Jej balijski odpowiednik to istny koszmar, nie tylko pod względem cen, ale i klimatu w niej panującego. Wąskie uliczki zapchane małymi straganami i ich sprzedawcami, męczą do tego stopnia, że chiałoby się uciec stamtąd w dniu przyjazdu. Ceny podpasowane pod odpoczywających tu Australijczyków, przyprawiają o gęsią skórkę (krem do opalania ok. 70 zł), a wielkie 4-5 gwiazdkowe hotele mówią same za siebie. Jedynym plusem są dosyć wysokie fale, tworzące się niedaleko brzegu oraz piaszczyste dno, co znacznie ułatwia naukę surfingu – reszta to jedna wielka klapa (no chyba, że ktoś lubi tłok, wysokie ceny i zero spokoju). Teraz po czasie trochę żałujemy, że nie zostaliśmy dzień dłużej na Lomboku, ale niektórych rzeczy nie da się przewidzieć i trzeba poznać na własnej skórze.

Dziś mamy samolot do Kuala Lumpur, skąd udamy się już lądem ku południowej części Tajlandii, gdzie spędzimy Święta Wielkiej Nocy. Jako, że z internetem bywa różnie, już teraz składamy Wam najserdeczniejsze życzenia: rodzinnej ciepłej atmosfery, pięknego słońca w Wielką Niedzielę i Lany Poniedziałek i nie zapominajcie o sensie tych świąt! Yo!

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *