Życie na Jawie, skręcona kostka i chrupiące koniki polne

Przekraczając granicę każdego kraju, należy dać sobie chwilę na oswojenie się z nową rzeczywistością. Niekiedy wystarczy tylko jeden dzień, aby rozeznać się w temacie, a czasem jest to niewystarczające. Indonezja jest krajem, który zaskakuje na każdym kroku. Biały jest tu postrzegany niczym chodzący portfel pełen dolarów i jak to z portfelem bywa – wypadałoby spróbowac wyciągnąć z niego jak najwięcej pieniędzy… 🙂 Jak na razie naszym rekordem jest próba wyciągnięcia od nas 20-krotnej rzeczywistej wartości za przejazd „komunikacją miejską”, ale z nami nie ma tak łatwo!

Jednak zacznijmy od początku i cofnijmy się o tydzień do Malezji. Jak to w życiu bywa, czasem przydarzają się niespodzianki. Wszyscy wolimy te miłe, ale cóż począć gdy przytrafi się coś mniej przyjemnego? Otóż już mieliśmy opuszczać Tanah Rata, gdy podczas pakowania bagażu do autobusu, A. nieszczęśliwym trafem skręciła sobie kostkę. Na pierwszy rzut oka wyglądało to niezbyt ciekawie… płacz, krzyczące kobity ‘hospital, hospital’ itd. No więc trafiliśmy do lokalnego szpitala, gdzie po zapłaceniu 50 RM, zrobiono prześwietlenie, dano zastrzyk w pupę i zestaw leków. W ten sposób zostaliśmy uziemieni na kilka następnych dni w poczciwym TR, skąd już bezposrednio udaliśmy się do Kuala Lumpur, a następnie Singapuru.

Do Indonezji przybyliśmy 16 marca połączeniem Singapur- Jakarta. Po wylądowaniu czem prędzej postanowilismy przedostać się do Bandung, tym samym omijając Jakartę – czas odpocząć od wielkich nudnych miast… Nasza wizyta w tym mieście niestety ograniczyla się do odwiedzin kilku outletow, a to z powodu moich sporych problemów z żołądkiem i niedogojonej nogi A. Tak więc po dwóch dniach spędzonych w hostelu, dotarliśmy się do Yogyakarty. Podróż minęła oblepiająco 🙂 Przez 8 godzin sunęliśmy pociągiem podziwiając przez okna nie tylko pola ryżu i dżungle bananowców, ale rownież ludzi, którzy co stacje wpadali do wagonu oferując różne cuda.

Jawa. Wskazówka smukłej palmy mierzy tu puls szczęśliwych dni – tak można określić życie na Jawie, gdzie ludzie uśmiechnięci i zabawni, powoduja, że gęba sama się śmieje nawet gdy nie mam humoru. Każdy z uśmiechem próbuje Cię okantować, a gdy się nie uda, również z uśmiechem zaakceptuje wytargowaną cenę.  Tak jest nie tylko w Jogja (skrót używany przez miejsowych na Yogyakartę), ale i  we wszystkich miejscowościach, które zobaczyliśmy na tej wyspie.

W Jogji wybrałem się również na samotne zwiedzanie miasta i jak to zazwyczaj bywa, gdy jest się samemu, przygody sypią się jak z rękawa. Odwiedziłem galerię batiku, gdzie zobaczyłem jak wykonuje się te miesternie barwione kawałki materiału. Podczas drogi powrotnej poznałem niezwykłego rikszarza, który nie tylko opowiedział mi sporo rzeczy na temat życia w Indonezji, ale zabrał również do kolejnej galerii batiku- tym razem ukrytej w gąszczu uliczek, normalnie niedostępnej dla zwykłego turysty. W pewnym momencie pomyślałem: „świetnie – bładzimy tymi uliczkami.. zaraz wyskoczy jakaś grupka złodziejaszków i tyle z tego będzie dobrego”. Na szczęście Rubio nie kłamał i zaprowadził mnie do magicznego miejsca, wypełnionego prawdziwymi dziełami sztuki. Na miejscu poznał mnie z Panem Sarjono, który już od niepamiętnych czasów zajmuje sie batikiem. To właśnie tam znalazłem to czego szukałem, czyli coś ze współczesnej batikowej sztuki – do wglądu u mnie w domu po powrocie 😉 Po wizycie u Sarjono, pojechaliśmy na ptasi targ. Moim zdaniem jest to miejsce, które trzeba zobaczyć. W Indonezji nie przestrzega się  żadnych praw dotyczących sprzedaży zwierząt itp., więc mozna tu dostać niemal każdego zwierzaka jakiego tylko chcemy. Mnie zadziwiły nie tylko sowy (tak można bez problemu kupić sobie sowę) czy setki gatunków ptaków, jaszczurek, węży i ryb, ale również po raz kolejny otwartość ludzi. Jeden ze sprzedawców, wyciągał dla mnie po kolei koguty i pokazywał czym sie różnią i mimo, że ni w ząb nie mówił po angielsku, to cieszył się niezmiernie z możliwości przedstawienia mi swoich kogucich „kompanów”. Po powrocie do Shinty, u której zatrzymaliśmy sie w Jogji, zacząłem się zastanawiać, czy czasem Rubio nie zrobił mnie w konia. Lekko zdumiewającym jest, że praktycznie bezinteresownie pokazał mi sporo ciekawych miejsc i opowiedział o indonezyjskiej kulturze. Jak się okazało – miałem po prostu szczęście.  Za kurs zapłacilem jak normalny mieszkaniec, a dodatkowo otrzymałem porcję przygód gratis (Rubio dołączył do naszego projektu).

W Yogyakarcie próbowaliśmy smażonych koników polnych, podawanych bez skrzydełek i nóg. Podsumowując: chrupiące słodkie snacki ;D

20 marca odwiedziłem Borobudur, gdzie byłem wiekszą atrakcją niż jedna z największych buddyjskich świątyń na świecie. Miałem to szczęście (?), że podczas wizyty byłem jedynym białym… Co spowodowało, że każdy chciał zrobić sobie ze mną zdjęcie – ci bardziej nieśmiali robili je ukradkiem. To wspaniałe miejsce niestety również odwiedziłem samotnie – A. nadal kurowała nogę w Jogji. Jeśli chodzi o Borobudur, to znajduje się ok 60 km od Yogyakarty i jest jedną z największych atrakcji Jawy. Powstała miedzy XVIII a IX w n.e., a jej piramidalna forma symbolizuje buddyjską wizję świata. Dotarcie na miejsce bez wykupienia wycieczki nie jest niczym trudnym – należało wziąć miejski busik na stację autobusową, a stamtąd autobus już prosto do miasteczka przy świątyni, oczywiście omijając przy tym serię kolejnych naciągaczy.  Okazała świątynia przywitała mnie deszczem i przepięknymi widokami ze szczytu. Jedynym zastrzeżeniem jakie mogę mieć, jest spora liczba turystów włażących praktycznie w każdy kadr, no ale cóż – już taka magia znanych miejsc. Całodzienna wyprawa wyczerpała mnie do tego stopnia, że podczas drogi powrotnej spałem jak male dziecko – na szczęście nie sprawdziło się powiedzenie „nie śpij bo cię okradną” i ktoś uprzejmie obudził mnie na miejscu 😉

Z Jogji wykupiliśmy wycieczkę na Bromo wraz z późniejszym transferem na  Bali. Po kalkulacjach stwierdziliśmy, że bardziej opłaca się wykupić gotowy „zestaw” niż przedostawać się na południe na własną rękę (dodatkowo biorąc pod uwagę dalej gojącą się kostkę A.). Pod Bromo dotarliśmy późnym wieczorem, gdzie wraz z dwiema poznanymi dziewuchami udaliśmy się na kolację. Kolacja minęła zaskakująco. Na początku Ana ze Szwajcarii wypaliła: „wiesz wyglądasz zupełnie jak mój były chłopak…” Okazało się, że nie tylko jestem do niego niesamowicie podobny, ale również mamy tak samo na imię. Kosmos. Następnie zamówiliśmy makaron dla A, a dla mnie kurczaka. Jednak po chwili zmieniłem zdanie i poprosiłem o zmianę zamówienia na pieczone ziemniaczki z warzywami. W rezultacie kelner przyniósł wszystkie potrawy jakie wymówiliśmy: i kurczaka i ziemniaczki, a dziewczyny dostały zupełnie inne potrawy J Na nasze obiekcje, że przecież nie to zamawialiśmy usłyszeliśmy: „i’m sorry but my ears are not use when you change the order…”. Abstrakcja 😉  I tak po ciekawej kolacji udaliśmy się na krótki sen, gdyż następnego dnia wstaliśmy o 3.30 nad ranem by zdążyć na wschod słońca wraz z pięknym widokiem na wulkan. Niestety pogoda pokrzyżowała nam plany – chmury zasłoniły gwiazdę poranka, więc z zawiedzeni udaliśmy się w kierunku samego krateru. Na miejscu oczywiście każdy turysta może odpalić 50 000 RI i na grzbiecie konia podjechać pod schody prowadzące do samej „dziury” buchającej parą i zapachem siarki. Jak dla mnie – bez szału. Zdecydowanie bardziej polecam nowozelandzki wulkan Mt. Ruapehu.

Po kolejnych kilku godzinach i przeprawie promem, dotarliśmy na Bali, a następnie do Pemuteran, gdzie trafiliśmy na obchody nowego roku, który przypada tutaj na 23 marca. Odpowiednikiem naszego Sylwestra są procesje formowane na ulicach każdego miasteczka i wsi, w których przeprowadza się papierowe rzeźby utożsamiane ze złymi duchami. Tego dnia (Pengrupukan) wszyscy świętują, tancząc przy dźwiękach bębnów i świetle niesionych pochodni. Kolejnego dnia następuje tzw. Dzień Ciszy (Nyepi) . Nikomu nie wolno wychodzić na ulice, a po zmroku nie używa się żadnych świateł, co wygląda wręcz niesamowicie – osiedla stają się wymarłe niczym w filmie 28 dni później. Wierzy się, że tego dnia na Ziemię przybywają złe duchy i widząc, że nikogo na Bali nie ma, pozostawiają mieszkańców w spokoju na kolejny, tym razem 1934 rok…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *