Posted in Marzec 2012

Gówniana kawa, czyli kopi luwak i inne przysmaki

Wczoraj przybyliśmy do Munduk – królestwa zapachów i smaków. Urzeczeni balijską kuchnią z Pemuteran, po raz kolejny musimy przyznać, że to własnie tutaj próbujemy najsmaczniejszych potraw, jakie mogliśmy do tej pory kosztować w Azji – czyli kulinarnych uniesień ciąg dalszy. Podstawą jadłospisu oferowanego przez kuchnię balijską są: kurczak, warzywa, ryż, tofu, jajko, makaron i bogactwo sosów, wśród których prym wiedzie sojowa marynata przyrządzana na milion sposobów. Jedną z gwiazd jest ayam goreng kecap, czyli kurczak w słodkiej polewie sojowego sosu podawany z warzywami i ryżem – w Pemuteran próbowaliśmy tego samego dania, lecz na ostro. Na śniadanie najczęściej posilić się można nasi goreng, czyli smażonym ryżem z sadzonym jajkiem, bądź czymś na słodko – np. balijskimi naleśnikami ze smażonymi bananami, urozmaiconymi świeżym, ciepłym karmelem.

Bali pobudza nie tylko podniebienia, ale i również zmysł zapachu, bo czymże byłaby ta rajska wyspa bez wonnej wanilii, pachących pomarańczy czy aromatycznej kawy, których owoce dojrzewają tu niemal na każdym kroku. Wspominając o kawie.. no właśnie kawa! Jej owoce wyrastają na niewielkich drzewkach porastających okoliczne wzgórza i można je dostać niemal na każdym kroku w różnorakiej postaci: od czerwonych owoców sprzedawanych na ulicy, do gotowego produktu oferowanego w lokalach gastronomicznych. To właśnie stąd pochodzi słynna na cały świat kopi luwak czyli najdroższa kawa na świecie, której delikatnego, a zarazem silnego charakteru mieliśmy okazję próbować kilka godzin temu. Charakter jej smaku wywodzi się od dupy strony ;) Wszystko za sprawą zwierząt z rodziny łaszowatych nazywanych łaskunami, a potocznie cywetą bądź luwakiem. Żywia się one najlepszymi owocami kawowca, których jednak nie potrafią do końca strawić… samo ziarno zostaje wydalone w odchodach, których tropieniem po okolicznych plantacjach zajmują sią lokalni mieszkańcy. Ziarna są starannie czyszczone, wypalane i mielone. Można również kupić same odchody przypominające batony corny :D Co kto lubi. Rocznie udaje się pozyskać około 0,5 tony kawy, a filiżanka gotowego naparu w Polsce jest cholernie droga, więc gdzie spróbować jak nie u źródła? Koszt filiżanki waha się od 40 000 do 100 000 RI- w zależości od miejsca, gdzie chcemy jej skosztować i umiejętności negocjowania ceny – nam udało się kupić dwie filiżanki za cenę 60 000 RI czyli ok. 25 zł.

Tymczasem „ciśniemy” do Ubud, czyli turystycznej mekki Bali.

Życie na Jawie, skręcona kostka i chrupiące koniki polne

Przekraczając granicę każdego kraju, należy dać sobie chwilę na oswojenie się z nową rzeczywistością. Niekiedy wystarczy tylko jeden dzień, aby rozeznać się w temacie, a czasem jest to niewystarczające. Indonezja jest krajem, który zaskakuje na każdym kroku. Biały jest tu postrzegany niczym chodzący portfel pełen dolarów i jak to z portfelem bywa – wypadałoby spróbowac wyciągnąć z niego jak najwięcej pieniędzy… :) Jak na razie naszym rekordem jest próba wyciągnięcia od nas 20-krotnej rzeczywistej wartości za przejazd „komunikacją miejską”, ale z nami nie ma tak łatwo!

Jednak zacznijmy od początku i cofnijmy się o tydzień do Malezji. Jak to w życiu bywa, czasem przydarzają się niespodzianki. Wszyscy wolimy te miłe, ale cóż począć gdy przytrafi się coś mniej przyjemnego? Otóż już mieliśmy opuszczać Tanah Rata, gdy podczas pakowania bagażu do autobusu, A. nieszczęśliwym trafem skręciła sobie kostkę. Na pierwszy rzut oka wyglądało to niezbyt ciekawie… płacz, krzyczące kobity ‘hospital, hospital’ itd. No więc trafiliśmy do lokalnego szpitala, gdzie po zapłaceniu 50 RM, zrobiono prześwietlenie, dano zastrzyk w pupę i zestaw leków. W ten sposób zostaliśmy uziemieni na kilka następnych dni w poczciwym TR, skąd już bezposrednio udaliśmy się do Kuala Lumpur, a następnie Singapuru.

Do Indonezji przybyliśmy 16 marca połączeniem Singapur- Jakarta. Po wylądowaniu czem prędzej postanowilismy przedostać się do Bandung, tym samym omijając Jakartę – czas odpocząć od wielkich nudnych miast… Nasza wizyta w tym mieście niestety ograniczyla się do odwiedzin kilku outletow, a to z powodu moich sporych problemów z żołądkiem i niedogojonej nogi A. Tak więc po dwóch dniach spędzonych w hostelu, dotarliśmy się do Yogyakarty. Podróż minęła oblepiająco :) Przez 8 godzin sunęliśmy pociągiem podziwiając przez okna nie tylko pola ryżu i dżungle bananowców, ale rownież ludzi, którzy co stacje wpadali do wagonu oferując różne cuda.

Jawa. Wskazówka smukłej palmy mierzy tu puls szczęśliwych dni – tak można określić życie na Jawie, gdzie ludzie uśmiechnięci i zabawni, powoduja, że gęba sama się śmieje nawet gdy nie mam humoru. Każdy z uśmiechem próbuje Cię okantować, a gdy się nie uda, również z uśmiechem zaakceptuje wytargowaną cenę.  Tak jest nie tylko w Jogja (skrót używany przez miejsowych na Yogyakartę), ale i  we wszystkich miejscowościach, które zobaczyliśmy na tej wyspie.

W Jogji wybrałem się również na samotne zwiedzanie miasta i jak to zazwyczaj bywa, gdy jest się samemu, przygody sypią się jak z rękawa. Odwiedziłem galerię batiku, gdzie zobaczyłem jak wykonuje się te miesternie barwione kawałki materiału. Podczas drogi powrotnej poznałem niezwykłego rikszarza, który nie tylko opowiedział mi sporo rzeczy na temat życia w Indonezji, ale zabrał również do kolejnej galerii batiku- tym razem ukrytej w gąszczu uliczek, normalnie niedostępnej dla zwykłego turysty. W pewnym momencie pomyślałem: „świetnie – bładzimy tymi uliczkami.. zaraz wyskoczy jakaś grupka złodziejaszków i tyle z tego będzie dobrego”. Na szczęście Rubio nie kłamał i zaprowadził mnie do magicznego miejsca, wypełnionego prawdziwymi dziełami sztuki. Na miejscu poznał mnie z Panem Sarjono, który już od niepamiętnych czasów zajmuje sie batikiem. To właśnie tam znalazłem to czego szukałem, czyli coś ze współczesnej batikowej sztuki – do wglądu u mnie w domu po powrocie ;) Po wizycie u Sarjono, pojechaliśmy na ptasi targ. Moim zdaniem jest to miejsce, które trzeba zobaczyć. W Indonezji nie przestrzega się  żadnych praw dotyczących sprzedaży zwierząt itp., więc mozna tu dostać niemal każdego zwierzaka jakiego tylko chcemy. Mnie zadziwiły nie tylko sowy (tak można bez problemu kupić sobie sowę) czy setki gatunków ptaków, jaszczurek, węży i ryb, ale również po raz kolejny otwartość ludzi. Jeden ze sprzedawców, wyciągał dla mnie po kolei koguty i pokazywał czym sie różnią i mimo, że ni w ząb nie mówił po angielsku, to cieszył się niezmiernie z możliwości przedstawienia mi swoich kogucich „kompanów”. Po powrocie do Shinty, u której zatrzymaliśmy sie w Jogji, zacząłem się zastanawiać, czy czasem Rubio nie zrobił mnie w konia. Lekko zdumiewającym jest, że praktycznie bezinteresownie pokazał mi sporo ciekawych miejsc i opowiedział o indonezyjskiej kulturze. Jak się okazało – miałem po prostu szczęście.  Za kurs zapłacilem jak normalny mieszkaniec, a dodatkowo otrzymałem porcję przygód gratis (Rubio dołączył do naszego projektu).

W Yogyakarcie próbowaliśmy smażonych koników polnych, podawanych bez skrzydełek i nóg. Podsumowując: chrupiące słodkie snacki ;D

20 marca odwiedziłem Borobudur, gdzie byłem wiekszą atrakcją niż jedna z największych buddyjskich świątyń na świecie. Miałem to szczęście (?), że podczas wizyty byłem jedynym białym… Co spowodowało, że każdy chciał zrobić sobie ze mną zdjęcie – ci bardziej nieśmiali robili je ukradkiem. To wspaniałe miejsce niestety również odwiedziłem samotnie – A. nadal kurowała nogę w Jogji. Jeśli chodzi o Borobudur, to znajduje się ok 60 km od Yogyakarty i jest jedną z największych atrakcji Jawy. Powstała miedzy XVIII a IX w n.e., a jej piramidalna forma symbolizuje buddyjską wizję świata. Dotarcie na miejsce bez wykupienia wycieczki nie jest niczym trudnym – należało wziąć miejski busik na stację autobusową, a stamtąd autobus już prosto do miasteczka przy świątyni, oczywiście omijając przy tym serię kolejnych naciągaczy.  Okazała świątynia przywitała mnie deszczem i przepięknymi widokami ze szczytu. Jedynym zastrzeżeniem jakie mogę mieć, jest spora liczba turystów włażących praktycznie w każdy kadr, no ale cóż – już taka magia znanych miejsc. Całodzienna wyprawa wyczerpała mnie do tego stopnia, że podczas drogi powrotnej spałem jak male dziecko – na szczęście nie sprawdziło się powiedzenie „nie śpij bo cię okradną” i ktoś uprzejmie obudził mnie na miejscu ;)

Z Jogji wykupiliśmy wycieczkę na Bromo wraz z późniejszym transferem na  Bali. Po kalkulacjach stwierdziliśmy, że bardziej opłaca się wykupić gotowy „zestaw” niż przedostawać się na południe na własną rękę (dodatkowo biorąc pod uwagę dalej gojącą się kostkę A.). Pod Bromo dotarliśmy późnym wieczorem, gdzie wraz z dwiema poznanymi dziewuchami udaliśmy się na kolację. Kolacja minęła zaskakująco. Na początku Ana ze Szwajcarii wypaliła: „wiesz wyglądasz zupełnie jak mój były chłopak…” Okazało się, że nie tylko jestem do niego niesamowicie podobny, ale również mamy tak samo na imię. Kosmos. Następnie zamówiliśmy makaron dla A, a dla mnie kurczaka. Jednak po chwili zmieniłem zdanie i poprosiłem o zmianę zamówienia na pieczone ziemniaczki z warzywami. W rezultacie kelner przyniósł wszystkie potrawy jakie wymówiliśmy: i kurczaka i ziemniaczki, a dziewczyny dostały zupełnie inne potrawy J Na nasze obiekcje, że przecież nie to zamawialiśmy usłyszeliśmy: „i’m sorry but my ears are not use when you change the order…”. Abstrakcja ;)  I tak po ciekawej kolacji udaliśmy się na krótki sen, gdyż następnego dnia wstaliśmy o 3.30 nad ranem by zdążyć na wschod słońca wraz z pięknym widokiem na wulkan. Niestety pogoda pokrzyżowała nam plany – chmury zasłoniły gwiazdę poranka, więc z zawiedzeni udaliśmy się w kierunku samego krateru. Na miejscu oczywiście każdy turysta może odpalić 50 000 RI i na grzbiecie konia podjechać pod schody prowadzące do samej „dziury” buchającej parą i zapachem siarki. Jak dla mnie – bez szału. Zdecydowanie bardziej polecam nowozelandzki wulkan Mt. Ruapehu.

Po kolejnych kilku godzinach i przeprawie promem, dotarliśmy na Bali, a następnie do Pemuteran, gdzie trafiliśmy na obchody nowego roku, który przypada tutaj na 23 marca. Odpowiednikiem naszego Sylwestra są procesje formowane na ulicach każdego miasteczka i wsi, w których przeprowadza się papierowe rzeźby utożsamiane ze złymi duchami. Tego dnia (Pengrupukan) wszyscy świętują, tancząc przy dźwiękach bębnów i świetle niesionych pochodni. Kolejnego dnia następuje tzw. Dzień Ciszy (Nyepi) . Nikomu nie wolno wychodzić na ulice, a po zmroku nie używa się żadnych świateł, co wygląda wręcz niesamowicie – osiedla stają się wymarłe niczym w filmie 28 dni później. Wierzy się, że tego dnia na Ziemię przybywają złe duchy i widząc, że nikogo na Bali nie ma, pozostawiają mieszkańców w spokoju na kolejny, tym razem 1934 rok…

Magiczne Cameron Highlands czyli witamy w Azji

Singapur ach singapur. Wiele się słyszało na temat tego miasta – państwa i większość z zasłyszanych wcześniej rzeczy jest prawdą. To prawda, że jest to kraj wszechobecnych kar… jazda na rowerze przez tunel: 1000$. Palenie fajek w miejscu publicznym: 100$ itp. Nie pójdziemy jednak za kratki za żucie gumy w miejscu publicznym, ale za to nie kupimy jej w żadnym sklepie (oprócz apteki) – w ten sposób dba się o czystość chodników i wlepiania wyżutych gum gdzie popadnie. Niby jest tutaj mega bezpiecznie, ale jak uprzedziła nas cs’urferka, należy uważać na złodziei w China Town oraz kradzieże  butów pozostawionych przed wejściem do domu… To prawda, że herosi rozpływają się tutaj pod wpływem ciepła. Jest tak parno i duszno, że bez klimatyzacji ani rusz. W Singapurze spędziliśmy dwa dni nie omijając Little India, China Town i City. Same szklane blokowiska niczym nie różnią się od pozostałych wielkich miast, może jedynie wielką fantazją architektów (mam nadzieję, że w naszym kraju nie powstaną takie „cuda” jak kasyno). Podczas naszej wizyty odwiedziliśmy również najstarszy singapurski cmentarz, gdzie wraz z rodzimymi mieszkańcami uczestniczyliśmy w małym proteście dotyczącym wybudowania autostrady biegnącej przez jego centrum. Podsumowując wizytę w Singapurze: bez rewelacji, a jeśli bez rewelacji, to ruszamy dalej czyli na północ.

Malezja. Przekroczenie granicy przebiega w dosyć ciekawy sposób. Najpierw wsiada się w autobus jadący w stronę przejścia granicznego, następnie stępluje wyjazd z Singapuru, by ponownie wsiąść w nastepny bus transportujacy na stronę Malezyjską, gdzie po przetrzepaniu bagaży i kolejnej pieczątce wsiadamy w trzeci już autobus jadący ku stacji autobusowej Johor Bahru. Ale nie zawsze jest tak łatwo: jak dogadać się z kierowcą mówiącym po chińsku? Na szczęście pomógł nam starszy pan – mieszkaniec Malezji, który niemal za rękę przeprowadził nas przez granicę, przestrzegając przed grzywnami jakie mogą nam grozić w jego kraju ;P Z JB, przedostaliśmy się do Melaki, miejscowości znajdującej się na trasie do Kuala Lumpur. Samo miasto, choć podobno jedno z piękniejszych w Malezji, specjalnie nas nie zachwyciło – szczęśliwym trafem w czasie naszego pobytu odbywał się cotygodniowy festyno-targ w chińskiej dzielnicy, dzięki czemu mogliśmy zobaczyć jak bawią się lokalni mieszkańcy. Z „atrakcji” miasta można wyliczyć kilka zardzewiałych okrętów, replikę portugalskiego statku i wszechobecne t(ł)uk-t(ł)uki, czyli rowerowe riksze które przyozdobione różnobarwnymi kwatami i światełkami, suną  ulicami miasta, wożąc turystów spod których tyłków wydobywają się oszałamiająco głośno dźwieki przebojów ostatniej dekady. W Melace spróbowalismy kilku lokalnych potraw i po kolejnych dwóch dniach przedostalismy sie do Kuala Lumpur. Stolica przywitała nas upałem i deszczem, który niczym w boliwijskiej Copacabanie leje tu codziennie mniej więcej od godzin popołudniowych do… momentu aż przestanie ;) Jeśli chodzi o zwiedzanie, KL posiada dobrze rozwiniętą komunikację kolejową, co znacznie ułatwia podróż po mieście. Na miejscu zwiedziliśmy kilka dzielnic, odwiedziliśmy pare  świątyń oraz spróbowaliśmy nowych potraw kuchni indyjskiej i chińskiej. Naszą nową kulinarną miłością są delikatne kawałki kurczaka obsmażane w cieście z posmakiem sezamu i miodu oraz roti canai czyli indyjskie naleśniki podawane zazwyczaj na śniadanie, a także dodatek do dania głównego.  Jako, że człek nie samymi plackami żyje, trzeba czasem coś zobaczyć, a będąc w Kuala nie można pominąć Petronas Towers, czyli jednych z najwyższych bliźniaczych wież mierzących 450 metrów. Do 2004 roku były to najwyższe wieże na świecie i zapewniam – robią wrażenie ;)

Z Kuala Lumpur udaliśmy się do Cameron Highlands i dla mnie, wizyta na herbacianych polach była jednym z najpiękniejszych momentów naszej podróży. Cameron Highlands zaskakują nie tylko tropikalnym lasem czy uprawą truskawek, ale przede wszystkim plantacjami herbaty, której drobne liście mieniące się tysiacami odcieni soczystej zieleni, pokrywają okoliczne wzgórza. Aby zobaczyć plantacje można wykupić kilku godzinną wycieczkę, bądź samemu lokalnym transportem dostać się w okolice herbacianych pól. My oczywiście wybraliśmy drugą opcję, dzięki czemu 2 kilometrowy spacer w stronę centrum uprawy minął nam na podziwniau tego, co inni widzą zza szyb turystycznego busa. Trasa biegła wąską drogą wśród armotacznych, drobnych herbacianych krzaków – bez problemu mogliśmy zejść z niej aby „zanurzyć” się w morzu zielonych listków, by z bliska zobaczyć jak wygląda ciężka praca przy ich zbiorze. Zwieńczeniem herbacianej trasy była wiyta w herbaciarni BOH – największym i chyba najstarszym producencie malezyjskiej herbaty. Na miejscu można zapoznać się z cyklem produkcyjnym oraz zasmakować kilku odmian oferowanych przez BOHa herbat. Mimo, że oferowana przez nich herbata nie była najlepszą jaką mieliśmy okazję sączyć, to widoki i sama „wycieczka”: bajka. W drodze powrotnej „zgarnęło” nas  młode małżeństwo, podwożąc niemal pod sam hostel – to się nazywa malezyjska uprzejmość :)

Melbourne, Sydney, Cairns. Australia

Kolejnym przystankiem naszej podróży była Australia, a miastem rozpoczynającym krótką przygodę z krainą kangurów – Melbourne. Spędziliśmy tam 4 dni, zatrzymując się u Asi i Zbyszka. Miasto nie zaskakuje niczym nadzwyczajnym, no może za wyjątkiem fruit bats, czyli ogromnych nietoperzy patrolujących Royal Botanic Garden. Melbourne, jak na 4-milionową metropolię przystało, męczy swoją wielkością i tłokiem od którego zdążyliśmy sie już odzwyczaić. Czas spędzony w M. minął na miłym odpoczynku w rodzinnej atmosferze, ekspresowym zwiedzaniu miasta, a także wizycie w oceanarium i na polu golfowym. Dzięki Zbyszkowi mogłem uczestniczyć w rozgrywce mistrzów ;) Zbyszka, Wicka i Roberta, którzy z checią i pedagogicznym podejściem, nauczyli mnie kilku zasad panujacych na polu. Następna rozgrywka już w Polsce!

Z Melbourne udaliśmy sie do Sydney, a naszym środkiem lokomocji był bus, którego odprowadzaliśmy na wschodnie wybrzeże. Mimo możliwości noclegu, stara mazda okazała się trudnym kompanem podróży. Jej apetyt na paliwo i brak wspomagania lekko nadwyrężyły nasze nerwy – nie wspominąjac o zwrocie samego pojazdu, ale o tym za chwilę. Podczas turlania się naszym zółwikiem zahaczyliśmy o Kosciuszko National Park, gdzie zatrzymując się na jedną noc, czuliśmy sie jak bohaterowie Dr Dolitlle. Nockę spedziliśmy w towarzystwie gryzoni, kaczek, królików, przeraźliwie wrzeszczących papug i CZEGOŚ w zaroślach. Ze względu na brak czasu, odpuścilismy sobie zdobywanie Kosciuszki i popędziliśmy dalej przed siebie. Na trasie na zmianę: sucho i mrocznie albo deszczowo i … mrocznie. Btw. Bezcennym jest pokonanie 1200 km rozklekotanym busikiem, gdy obok skaczą małe kangury, a z trzeszczczących głośników wydobywają się kultowe kawałki Queen. Ostatnią noc spędziliśmy na ulicy, parkując na osiedlu domków.

Nadeszła wspomniana wyżej magiczna chwila: zwrot busa w Sydney. Na miejscu kobity z obsługi przetrzepały nasze auto niczym policja z wydziału antynarkotykowego. Okazało się, że niby nie umyliśmy naczyn, ktorych nie używaliśmy i chciano odciągnąć nam pieniądze z wcześniej pobranej kaucji. Ciężko było dyskutować z Australijkami mającymi „PRL” w oczach, tak więc umyłem wszystko co tam chciały ;) i po godzinie oczekiwania (+ płaczu panny A.), otrzymaliśmy zwrot naszej kaucji i udaliśmy się na podbój Sydney. Jak to z naszym szczęściem bywa, hostel w którm się zatrzymaliśmy okazał się być umiejscowiony w King Cross – dzielnicy prostytutek, złodziei i naćpanych nastolatków, czyli mieszanki wybuchowej.  Pomijając kwestię otoczenia, sam hostel posiadał małych domowników i jeden wielki syf. Szerze, to najniższy standard australijski wydaje sie być gorszy nawet od boliwijskiego, ale jak to mówią „nowy experience w podróży zawsze się przyda” więc wieczorem udałem się na obchód po dzielnicy cudów. Jeśli chodzi o Sydney, to spędziliśmy tam 2 dni i według mnie jest ładniejsze od Melbourne. Wszechobecna zieleń, układ ulic i zabudowa przypominają Nowy York, a ceny w City przyprawiają o lekki zawrót głowy (0.5 h parkingu= 12$). Niczym wyjątkowym jest spotkanie faceta w obcisłej sukience lub stanikiem zamiast podkoszulka. Oto czar wielkiego miasta…

Po nocy spędzonej na wycieraczce lotniska w Sydney, przedostaliśmy się do deszczowego Cairns, którego atrakcje zaczynają się i kończą na Wielkiej Rafie Koralowej, czyli największej rafie świata. Jako, że grzechem byłoby nie zobaczyć rafy, wykupiliśmy wycieczkę i skoro świt wyruszyliśmy w stronę podwodnego królestwa. Sama rafa znajduje się ok godzinę drogi od Cairns. W cenie mielismy zejście z butlą i pływanie z rurką, a widoki… co tu dużo mówić… magia! Pływanie z metrowymi żówiami na wyciagnięcie ręki, płaszczkami, wszelkiego rodzaju rybkami i te niesamowite barwy koralowców… to tylko namiastka tego co można tam zobaczyć. Ja dodatkowo miałem okazję spotkać na swojej drodze niewielkiego rekina, co nie zdarza się zbyt często. I tak po doznanianiach, które śnić się będa nam przez następne tygodnie, kończymy przygodę z Australią. Dlaczego tak szybko? Bo drogo ;)

Jutro odlatujemy do Singapuru.