New Zealand. North Island.

Nasz północny trip rozpoczęlismy w Auckland, skąd wyruszyliśmy na południe. Pierwszym przystankiem na trasie był Tongariro National Park, gdzie nie ominęlismy Mt. Ruapehu (2797 m npm), czyli najwyższego nowozelandzkiego wulkanu. Jest to jeden z najaktywniejszych wulkanów na ziemi, a ciekawostką jest jezioro, znajdujące się wewnątrz krateru. Ze względu na niesprzyjające warunki pogodowe, zrezygnowaliśmy ze zdobywania szczytu (z czego bardzo ubolewam). Rekompensatą był 3-godzinny trek wśród chmur i wulkanicznych skał, szklakiem Skyline Ridge.  Kolejnym punktem naszej trasy było jezioro Taupo. Miasteczko, które nad nim leży, nie przypadło nam do gustu. Jak większość osad na północnej wyspie  jest „płaskie”- życie tam kręci się wokół turystów, sklepików i dobrego PR ;)

Gwiazdami północnej wyspy okazały się trasy z Taupo do Rotorua i Matamata. Rotorua znajduje się w centralnej części wyspy i choć samo w sobie przyciąga jedynie zapachem zgniłego jajka, to jego okolice potrafią wprawić w lekkie zdumienie odwiedzających je podróżników. Tereny przylegąjace do miasta, „usiane” są wszelkiego rodzaju gejzerami, źródłami termalnymi, kraterami i innymi cudami. My odwiedziliśmy Craters Of The Moon, znajdujące się kilka kilometrów za Taupo (1 RD). Jest to magiczny obszar, na którym pośród parujących kraterów oraz bulgocących bagien, rzeczywiście można poczuć się jak na innej planecie. Warto również wspomnieć o gorących (i darmowych!) źródłach, znajdujących się zaraz u brzegu rzeki Waikato – można tam bez problemu położyć się blisko wodospadu gorącej wody i rozkoszować otaczającą przyrodą ;) Ale uwaga! Spływająca woda jest na prawdę gorąca (ok 50’C).

Jak już wcześniej wspomniałem kolejną gwiazdą było nie tyle samo Matamata, co oddalona od niej o ok 10 km farma będąca istnym muzeum Władcy Pierścieni, czyli Hobbiton. I choć wstęp jest cholernie drogi (66$), to warto tam wstąpić i poczuć się jak w prawdziwej bajce. Cała wycieczka do wioski jest wielce dyskretną sprawą. Każdy kto decyduje się na wizytę, musi podpisać świstek, poprzez który zapewnia, że zdjęcia wykonane w wiosce Hobbitów nie będą udostępniane na żadnej stronie internetowej, blogu, czy portalu społecznościowym. Także przepraszam, ale zdjęcia z Hobbitonu po powrocie ;) Na miejscu oprócz domków i scenografii z drużyny pierścienia, można było zobaczyć również te, które powstały na potrzeby obecnie kręconego Hobbita.

Z norki Bilba udaliśmy się wzdłuż Bay of Plenty do Hot Water Beach. Przydrożną ciekawostką trasy są plantacje owoców kiwi, spotykane niemal na każdym kroku. Jeśli chodzi o Hot Water Beach, jest to plaża, z której podczas odpływu  wydobywa się ciepła woda, dzięki czemu osobiście można sobie wykopać płytką dziurę i stworzyć ciasny, ale własny kawałek termalnego bajora.  Z tejże ciepłej zatoki wyruszyliśmy w kierunku Northlandu, gdzie zahaczyliśmy o Black Sand Beach, docierając aż do Bay of Islands. Podsumowując – szału nie było. Po drodze trafiliśmy na niedzielną wystawkę mieszkańców wsi Kaukapakapa, gdzie zaopatrzyliśmy się w książki za 1 $ (ha! Dorwałem tam zupełnie dowe wydanie Powrotu Króla Tolkiena i Lśnienie Kinga) i flet, wyhandlowany również za jednego dolca, dzięki któremu mogłem denerwować Alę, przypominając sobie jakieś proste melodyjki (zaczarowany ebonitowy flecior oczywiście zabieram ze sobą w dalszą podróż).  W trakcie podróży na północ, odwiedziliśmy Waipu Cave, gdzie również całkiem za darmo, w pełnych ciemnościach i wodzie po kostki, mogliśmy podziwiać Glow Worms, czyli robaczki zwisające ze skał w najciemniejszych częściach jaskiń. Emanują one lekkim światłem, przez co wygladają niczym małe diody o barwie przypominającej świetliki przyczepiane do spławkików. Magia.

Po 6 dniach tripu powróciliśmy do Auckland, gdzie dwa kolejne dni poświęciliśmy na zwiedzanie tegoż sporego miasta, którego aglomeracja liczy 1,5 mln ludzi, co stanowi jedną trzecią mieszkańców Nowej Zelandii. Auckland? Miasto jak miasto. Pachnie luksusem i biedą- to właśnie tu po raz pierwszy widzielismy żebrających ludzi jak i dumnie sunące po ulicach Lamborghini. Z jednym nie pogodzę się na długo – znaleźlismy sklep z płytami, którego regały liczyły po 40 metrów (płyt były tysiące), a ich cena… 20 cd za 20$. Szok! Z chęcią kupiłbym z 40, tylko jak to przewieźć?

Podsumowując, wyspa północna znacznie różni się od południowej nie tylko jeśli chodzi o ukształtowanie terenu, ale również o ceny. Za większość atrakcji znajdujących się na północ od Wellington trzeba zapłacić – i to całkiem sporo. Cała wyspa to jeden wielki Hobbiton i choć gęściej zaludniona, to niemal na każdym kroku pozwala przenieść się w krainę fantasy… Jeśli mielibyśmy wybierać między obiema wyspami, to zdecydowanie wygrałaby południowa – mniej ludzi, większy spokój i znacznie więcej ciekawszych atrakcji. Tymczasem żegnaymy się już z Nową Zelandią. Spędziliśmy tu wspaniałe 3 tygodnie, przejechaliśmy ok 5000 km i zobaczyliśmy miejsca, które zapamiętamy do końca życia. Dla mnie numerem jeden to Dunedin, Mt. Cook i Christchurch ze wzgledu na ludzi emanujących dobrocią i otwartością. Dla Ali wygrały Cookowe trasy południowych Alp, lodowce, gorące źródła i świecące robaczki.

Tymczasem kierunek Melbourne! Może jeszcze tu wrócimy? :>

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>