Południowa część, południowej wyspy. Nowa Zelandia ;)

2 lutego wylądowaliśmy w Nowej Zelandii. Lot trwał ponad 13 godzin i był najdłuższy z wszystkich przewidzianych w trakcie naszej podroży. W związku ze zmianą strefy czasu, straciliśmy jeden dzień z naszego życia… dzięki czemu mogliśmy poczuć się jak w filmie „Powrót do przyszłości”.

Auckland przywitało nas deszczem, ale nie zabawiliśmy tam zbyt długo – 3 godziny później odlecieliśmy do Christchurch, skąd zaczęliśmy zwiedzanie zielonych wysp. Przyzwyczajenie się do nowozelandzkiego angielskiego zajęło nam trochę czasu… największym problemem było nagminne zamienianie „e” na „i” np. ten- tin, bedroom-bidroom etc. Christchurch jest sporą miejscowością (jak na Nową Zelandię), położoną na wchodnim wybrzeżu południowej wyspy. Jeśli chodzi o atrakcje, to nie ma zbyt wiele do zaoferowania – jedną z nieliczych rzeczy, które warto tam zobaczyć jest miejskie muzeum oraz przylegające do niego ogrody botaniczne. Na pierwszy rzut oka, muzeum jest wzorowane na Natural Museum w Londynie i choć jego zbiory nie są tak spore, to i tak zawierają bogaty zasób eksponatów nie tylko z Nowej Zelandii, jak również całego świata (nie powodując przy tym przesytu, który towarzyszył nam gdy zwiedzaliśmy londyński pierwowzór). Jeśli chodzi o samo miasto, to większa część centrum jest całkowicie zamknięta z powodu zniszczeń spowodowanych przez potężne trzęsienie ziemi (luty 2011 r.) Obecnie częściowo uporządkowane Ch-ch nadal oddaje obraz tej wielkie tragedii… a my sami mieliśmy okazję poczuć lekkie wstrząsy, które bardzo często nawiedzją to miasto. W trakcie pobytu w stolicy Canterbury zatrzymaliśmy się u Matta, gdzie bookojując się w jego autobusie, spędziliśmy trzy noce.  Po dwóch dniach w Christchurch, zgłosiliśmy się po odbiór zarezerwowanego wcześniej auta (już w PL upatrzyliśmy sobie tę brykę ;) Był to stary Nissan Sunny, przerobiony na microcampervan, który mimo, że miał lekkie problemy z odpalaniem i wszystko dawało w nim oznaki „lekkiego” zużycia, przejechał z nami dzielnie 2500 km. Autko było typowym kombi, na którego wyposażeniu posiadaliśmy kuchenkę gazową, naczynia, namiot podpinany pod bagażnik i materace, które po ułożeniu w tylnej części pojazdu, gwaranowały wygodę niczym w pięciogwiazdkowych hotelu. Po odebraniu autka czekały mnie dwie niespodzianki. Pierwsza na którą byłem przygotowany, to ruch lewostronny. Druga, to automatyczna skrzynia biegów, której jeszcze nigdy nie obsługiwałem. Ale jak to mówią; „wszystko jest dla ludzi”- po przejechaniu pierwszych 200 metrów prowadziło się już normalnie, choć jeszcze z lekką niepewnością, która minęła po kilku następnych kilometrach.

Naszym pierwszym celem było Greymouth, więc po zrobieniu zapasów żywnosci, udaliśmy się 73-ą w jego stronę. Trasa przebiegła iście malowniczo, w niektórych momentacj przypomianając nasze rodzime krajobrazy. Wtedy właśnie zrodziło się pytanie: „dlaczego Jackson nie kręcił Władcy Pierścieni u nas?!” Po przejechaniu 100 km nie mieliśmy wątpliwości dlaczego wybór padł na NZ :) Droga do Greymouth przecina pasmo nowozelandzkich Alp, a przełęcz Arthurs Pass jest ukoronowaniem wszystkiego co najpiękniejsze można zobaczyć na tej trasie. To właśnie tam wybraliśmy się na krótki spacer w kierunku wodospadów Devils Punchbowls . Drogę powrotną urozmaiciełem sobie trekiem Aicken Track, który polecam każdemu kto zapuści się w rejony Artura. Pierwszą noc spędziliśmy „na dziko”, gdzie spotkała nas niemiła niespodzianka, a mianowicie wszechobecne muszki oblegające tereny zachodniego wybrzeża południowej wyspy. Wredne owady, tak samo jak komary żywią się krwią, ale bąble pozostawione po ich ukąszeniu swędzą 10 razy bardziej i 10 razy dłużej. Dodatkowo dokonują zmasowanego ataku na żywiciela… masakra! Następnego dnia wyruszyliśmy ku lodowcom Franz Josef i Fox Glacier, które zachwycając swym błękitem i bielą stanowią czołowy punkt Westland National Park. Niestety ze względu na częste zmiany koryta lodowcowych rzek, można do nich podejść jedynie na odległość 100-200 m. Można również wykupić wycieczkę na sam lodowiec, z której jednak zrezygnowaliśmy.

Po kilku godzinnych lodowcowej wędrówki ruszyliśmy dalej w drogę, dobijając do kolejnego punktu którym była Makarora – tam własnie przekonaliśmy się, że czymś zupełnie normalnym jest posiadanie swojego samolotu lub helikoptera ukrytego w stodole ;) Po odpoczynku w tej alpejskiej noclegowni skierowalismy nasza „śnieżynkę” w stronę Queenstown- przepięknie położonej miejscowości, będącej niewątpliwie alpejska stolicą południopwej wyspy. Na miejscu pokusiliśmy się o kultowe Fergburgery- hamburgery slynące na całą Nową Zelandię. Musimy przyznać, że były to jedne z najlepszych bułek z mięsem jakie kiedykolwiek mieliśmy okazję próbować (pomijając wielkość, bo były ogromne). Z Queenstown udaliśmy się w kierunku fiordów i miejscowości Te Anau, by dnia następnego odbić ku Nugget Point, gdzie oprócz przepięknego widoku na Moleyneux Bay, można spotkać pingwiny i lwy morskie. Podczas podóży w stronę orzeszków, mieliśmy kolejną „przygodę”- to chyba standard, ponieważ tam gdzie przepaści, tam przygody… ;) Podsumowując: poślizg na szutrowej drodze nad przepaścią nie jest niczym przjemnym, szczególnie śnieżynką. Na trasie, mieliśmy również okazję zobaczyć prawdziwą nowozelandzką przeprowadzkę. Na zielonych wyspach, tak samo jak na południu Chile, nie tylko przenosi się cały dobytek, ale także domy. W tym celu dom zostaje podniesiony z ziemi (co nie jest zbyt skomplikowane, gdyż buduje się go bez mocowania do fundamentów) i załadowany na lawetę… Możecie sobie wyobrazić ten widok! Trasa przejazdu zostaje zamknięta na poszczególnych odcinkach podróży, dzięki czemu kierowca wiozący chałupę nie musi wykonywać niepotrzebnych manewrów. Z drugiej strony zastanawiam się jak wygląda taki przejazd przez miasto… ;) Z Nugget Point przekatulkaliśmy się do Dunedin i chyba było to najpiękniejsze miasto NZ, jakie do tej pory widzieliśmy. Cudownie położone na głęboko wysuniętym w stronę pacyfiku półwyspie, okazało się numerem jeden wchodniego wybrzeża. To właśniej stamtąd, docierając do Otago Penisula, można znaleźć się w świecie albatrosów, których rozpiętość skrzydeł sięgająca trzech metrów, potrafi wprawić człowieka w wielki zachwyt. Kolejnym punktem wyprawy były Moeraki (właściwie to plaża przylegająca do tej małej miejscowości). To właśnie tam znajdują się tajemnicze, kuliste głazy przyciągające turystów z całego świata. Jedna z hipotez głosi, że zostały zrzucone przez kosmitów, a mają o tym świadczyć sześciany z których złożony jest każdy z głazów ;) Tak na prawdę powstały w wyniku narastania minerałów wokół jakiegoś obiektu, by nastepnie leżakując w klifach przez miliony lat, ujrzeć światło dzienne…

Zostawiając za sobą magiczne kulki, dostaliśmy się do Mt. Cook- najwyższego szczytu NZ (3754 m npm). Po dotarciu do podnóża góry Cooka, ruszyliśmy na 3-godzinny trek w stronę lodowca Hooker. Trasa prowadziła dosyć prostą drogą, urozmaiconą wiszącymi mostami i powalającym widokiem na ośnieżony, najwyższy szczyt zielonych wysp. Następnego dnia zdobyliśmy Mueller Hut (1800 m npm) i czem prędzej udaliśmy się w drogę powrotną ku Christchurch, w którego pobliżu czekała na nas Akaroa- pierwsze miasto w hrabstwie Canterbury, założone przez Francuzów.

Tymczasem relokujemy się naszą śnieżynką II w kierunku północnej części południowej wyspy, a nastepnie stolicy Wellington i Hobbitonu!

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>