Posted in Luty 2012

New Zealand. North Island.

Nasz północny trip rozpoczęlismy w Auckland, skąd wyruszyliśmy na południe. Pierwszym przystankiem na trasie był Tongariro National Park, gdzie nie ominęlismy Mt. Ruapehu (2797 m npm), czyli najwyższego nowozelandzkiego wulkanu. Jest to jeden z najaktywniejszych wulkanów na ziemi, a ciekawostką jest jezioro, znajdujące się wewnątrz krateru. Ze względu na niesprzyjające warunki pogodowe, zrezygnowaliśmy ze zdobywania szczytu (z czego bardzo ubolewam). Rekompensatą był 3-godzinny trek wśród chmur i wulkanicznych skał, szklakiem Skyline Ridge.  Kolejnym punktem naszej trasy było jezioro Taupo. Miasteczko, które nad nim leży, nie przypadło nam do gustu. Jak większość osad na północnej wyspie  jest „płaskie”- życie tam kręci się wokół turystów, sklepików i dobrego PR ;)

Gwiazdami północnej wyspy okazały się trasy z Taupo do Rotorua i Matamata. Rotorua znajduje się w centralnej części wyspy i choć samo w sobie przyciąga jedynie zapachem zgniłego jajka, to jego okolice potrafią wprawić w lekkie zdumienie odwiedzających je podróżników. Tereny przylegąjace do miasta, „usiane” są wszelkiego rodzaju gejzerami, źródłami termalnymi, kraterami i innymi cudami. My odwiedziliśmy Craters Of The Moon, znajdujące się kilka kilometrów za Taupo (1 RD). Jest to magiczny obszar, na którym pośród parujących kraterów oraz bulgocących bagien, rzeczywiście można poczuć się jak na innej planecie. Warto również wspomnieć o gorących (i darmowych!) źródłach, znajdujących się zaraz u brzegu rzeki Waikato – można tam bez problemu położyć się blisko wodospadu gorącej wody i rozkoszować otaczającą przyrodą ;) Ale uwaga! Spływająca woda jest na prawdę gorąca (ok 50’C).

Jak już wcześniej wspomniałem kolejną gwiazdą było nie tyle samo Matamata, co oddalona od niej o ok 10 km farma będąca istnym muzeum Władcy Pierścieni, czyli Hobbiton. I choć wstęp jest cholernie drogi (66$), to warto tam wstąpić i poczuć się jak w prawdziwej bajce. Cała wycieczka do wioski jest wielce dyskretną sprawą. Każdy kto decyduje się na wizytę, musi podpisać świstek, poprzez który zapewnia, że zdjęcia wykonane w wiosce Hobbitów nie będą udostępniane na żadnej stronie internetowej, blogu, czy portalu społecznościowym. Także przepraszam, ale zdjęcia z Hobbitonu po powrocie ;) Na miejscu oprócz domków i scenografii z drużyny pierścienia, można było zobaczyć również te, które powstały na potrzeby obecnie kręconego Hobbita.

Z norki Bilba udaliśmy się wzdłuż Bay of Plenty do Hot Water Beach. Przydrożną ciekawostką trasy są plantacje owoców kiwi, spotykane niemal na każdym kroku. Jeśli chodzi o Hot Water Beach, jest to plaża, z której podczas odpływu  wydobywa się ciepła woda, dzięki czemu osobiście można sobie wykopać płytką dziurę i stworzyć ciasny, ale własny kawałek termalnego bajora.  Z tejże ciepłej zatoki wyruszyliśmy w kierunku Northlandu, gdzie zahaczyliśmy o Black Sand Beach, docierając aż do Bay of Islands. Podsumowując – szału nie było. Po drodze trafiliśmy na niedzielną wystawkę mieszkańców wsi Kaukapakapa, gdzie zaopatrzyliśmy się w książki za 1 $ (ha! Dorwałem tam zupełnie dowe wydanie Powrotu Króla Tolkiena i Lśnienie Kinga) i flet, wyhandlowany również za jednego dolca, dzięki któremu mogłem denerwować Alę, przypominając sobie jakieś proste melodyjki (zaczarowany ebonitowy flecior oczywiście zabieram ze sobą w dalszą podróż).  W trakcie podróży na północ, odwiedziliśmy Waipu Cave, gdzie również całkiem za darmo, w pełnych ciemnościach i wodzie po kostki, mogliśmy podziwiać Glow Worms, czyli robaczki zwisające ze skał w najciemniejszych częściach jaskiń. Emanują one lekkim światłem, przez co wygladają niczym małe diody o barwie przypominającej świetliki przyczepiane do spławkików. Magia.

Po 6 dniach tripu powróciliśmy do Auckland, gdzie dwa kolejne dni poświęciliśmy na zwiedzanie tegoż sporego miasta, którego aglomeracja liczy 1,5 mln ludzi, co stanowi jedną trzecią mieszkańców Nowej Zelandii. Auckland? Miasto jak miasto. Pachnie luksusem i biedą- to właśnie tu po raz pierwszy widzielismy żebrających ludzi jak i dumnie sunące po ulicach Lamborghini. Z jednym nie pogodzę się na długo – znaleźlismy sklep z płytami, którego regały liczyły po 40 metrów (płyt były tysiące), a ich cena… 20 cd za 20$. Szok! Z chęcią kupiłbym z 40, tylko jak to przewieźć?

Podsumowując, wyspa północna znacznie różni się od południowej nie tylko jeśli chodzi o ukształtowanie terenu, ale również o ceny. Za większość atrakcji znajdujących się na północ od Wellington trzeba zapłacić – i to całkiem sporo. Cała wyspa to jeden wielki Hobbiton i choć gęściej zaludniona, to niemal na każdym kroku pozwala przenieść się w krainę fantasy… Jeśli mielibyśmy wybierać między obiema wyspami, to zdecydowanie wygrałaby południowa – mniej ludzi, większy spokój i znacznie więcej ciekawszych atrakcji. Tymczasem żegnaymy się już z Nową Zelandią. Spędziliśmy tu wspaniałe 3 tygodnie, przejechaliśmy ok 5000 km i zobaczyliśmy miejsca, które zapamiętamy do końca życia. Dla mnie numerem jeden to Dunedin, Mt. Cook i Christchurch ze wzgledu na ludzi emanujących dobrocią i otwartością. Dla Ali wygrały Cookowe trasy południowych Alp, lodowce, gorące źródła i świecące robaczki.

Tymczasem kierunek Melbourne! Może jeszcze tu wrócimy? :>

Z Christchurch do Auckland czyli relocation.

Jesteśmy w Auckland. Podczas ostatniej podróży z Christchurch skorzystaliśmy z relocation deal. Polega to na „wypożyczeniu” auta po obniżonych kosztach, w zamian za dostarczenie go w odpowiednie miejsce, na ustalonych wcześniej warunkach. Prosty przykład ;) państwo Kowalscy wypożyczają auto w Auckland i chcą je zwrócić w Christchurch, więc ktoś musi je później odprowadzić do wyjściowego Auckland. Firmie nie opłaca się  zatrudnić zwykłego pracownika, więc poszukuje osoby, która zgodzi sie przejechać ww. trasę. Nasza umowa dotyczyła dostarczenia auta w ciągu 4 dni z limitem kilometrów (1200), w zamian za otrzymanie auta po kosztach i zwrócenie opłaty za prom. Trip kosztował nas po 5$ za dzień + paliwo (20 x taniej niż standardowy koszt), zaś za każdy przekroczony km zgodziliśmy się dopłacić 28 centów. I tak otrzymalismy cudną śnieżynkę II- prawie nową Toyotę RAV4, wartą jakieś 100 000 zł ;D Aby nie było za kolorowo podpisaliśmy aneks, w którym zgodziliśmy się pokryć koszty naprawy choćby najmniejszej rysy. System relocation jest o tyle fajny, ze pozwala na w miarę tanią podróż na trasach łączacych duże miasta i uwaga: można z niego skorzystać na terenie NZ, Austalii, Stanów i  Kanady.

Mamy naszego lodołamacza, więc w drogę! Pierwszym przystankiem były gorące źródła  Hanmer Springs, których oczywiście nie mogliśmy pominąć ;) Kompleks składa się z kilkunastu basenów różniących się nie tylko temp. wody, ale i rodzajem źrodła oraz udogodnieniami takimi jak bicze, masaże, rwące potoki. Tak na marginesie potoki i rzeczki mają tu ciekawe nazwy, np. potok martwego konia. Po kilu godzinach moczenia tyłków ruszylismy dalej. Następnym przystankiem był kamping Riverview znajdujący się na trasie z Hanmer do Nelson, gdzie zatrzymaliśmy się na nockę. Na miejscu przypadkiem trafiliśmy na zlot motocyklistów, dzięki czemu pobawiliśmy się z nimi przy dźwiękach kapeli country (The Jennys), zapijając w miłej atmosferze lokalnym piwem i trunkiem o tajemniczej nazwie Woodstock. I tak po wesoło spędzonym wieczorze oraz noclegu w naszej śnieżynce II, rano wyruszyliśmy dalej w trasę ku Nelson i Picton. Same miasta nie zasługują na szczególną uwagę. W Nelson warto zerknąć do muzeum starych samochodów, gdzie nie ominał nas aktualnie odbywający się zlot oldschoolowych pojazdów.

Z Picton (przypominającym momentami Twin Peaks) załadowani na pokład promu, popłynęliśmy ku północnej wyspie i Wellington. Miasto jak na stolice kraju jest dosyć  niewielkie, bo liczy ok 200 000 mieszkańców, ale urokiem prześciga wiele innych, znacznie większych stolic. Spędziliśmy tam kilka godzin i gdyby nie naglący nas czas, pewnie zostalibyśmy znacznie dłużej… Z Wellington pokonując kolejnych kilkaset kilometrów dotarliśmy do Auckland, skąd wyruszamy w kolejny kilkudniowy trip-tym razem po północnej wyspie.

Aktualizujemy również naszą galerię ;)

Południowa część, południowej wyspy. Nowa Zelandia ;)

2 lutego wylądowaliśmy w Nowej Zelandii. Lot trwał ponad 13 godzin i był najdłuższy z wszystkich przewidzianych w trakcie naszej podroży. W związku ze zmianą strefy czasu, straciliśmy jeden dzień z naszego życia… dzięki czemu mogliśmy poczuć się jak w filmie „Powrót do przyszłości”.

Auckland przywitało nas deszczem, ale nie zabawiliśmy tam zbyt długo – 3 godziny później odlecieliśmy do Christchurch, skąd zaczęliśmy zwiedzanie zielonych wysp. Przyzwyczajenie się do nowozelandzkiego angielskiego zajęło nam trochę czasu… największym problemem było nagminne zamienianie „e” na „i” np. ten- tin, bedroom-bidroom etc. Christchurch jest sporą miejscowością (jak na Nową Zelandię), położoną na wchodnim wybrzeżu południowej wyspy. Jeśli chodzi o atrakcje, to nie ma zbyt wiele do zaoferowania – jedną z nieliczych rzeczy, które warto tam zobaczyć jest miejskie muzeum oraz przylegające do niego ogrody botaniczne. Na pierwszy rzut oka, muzeum jest wzorowane na Natural Museum w Londynie i choć jego zbiory nie są tak spore, to i tak zawierają bogaty zasób eksponatów nie tylko z Nowej Zelandii, jak również całego świata (nie powodując przy tym przesytu, który towarzyszył nam gdy zwiedzaliśmy londyński pierwowzór). Jeśli chodzi o samo miasto, to większa część centrum jest całkowicie zamknięta z powodu zniszczeń spowodowanych przez potężne trzęsienie ziemi (luty 2011 r.) Obecnie częściowo uporządkowane Ch-ch nadal oddaje obraz tej wielkie tragedii… a my sami mieliśmy okazję poczuć lekkie wstrząsy, które bardzo często nawiedzją to miasto. W trakcie pobytu w stolicy Canterbury zatrzymaliśmy się u Matta, gdzie bookojując się w jego autobusie, spędziliśmy trzy noce.  Po dwóch dniach w Christchurch, zgłosiliśmy się po odbiór zarezerwowanego wcześniej auta (już w PL upatrzyliśmy sobie tę brykę ;) Był to stary Nissan Sunny, przerobiony na microcampervan, który mimo, że miał lekkie problemy z odpalaniem i wszystko dawało w nim oznaki „lekkiego” zużycia, przejechał z nami dzielnie 2500 km. Autko było typowym kombi, na którego wyposażeniu posiadaliśmy kuchenkę gazową, naczynia, namiot podpinany pod bagażnik i materace, które po ułożeniu w tylnej części pojazdu, gwaranowały wygodę niczym w pięciogwiazdkowych hotelu. Po odebraniu autka czekały mnie dwie niespodzianki. Pierwsza na którą byłem przygotowany, to ruch lewostronny. Druga, to automatyczna skrzynia biegów, której jeszcze nigdy nie obsługiwałem. Ale jak to mówią; „wszystko jest dla ludzi”- po przejechaniu pierwszych 200 metrów prowadziło się już normalnie, choć jeszcze z lekką niepewnością, która minęła po kilku następnych kilometrach.

Naszym pierwszym celem było Greymouth, więc po zrobieniu zapasów żywnosci, udaliśmy się 73-ą w jego stronę. Trasa przebiegła iście malowniczo, w niektórych momentacj przypomianając nasze rodzime krajobrazy. Wtedy właśnie zrodziło się pytanie: „dlaczego Jackson nie kręcił Władcy Pierścieni u nas?!” Po przejechaniu 100 km nie mieliśmy wątpliwości dlaczego wybór padł na NZ :) Droga do Greymouth przecina pasmo nowozelandzkich Alp, a przełęcz Arthurs Pass jest ukoronowaniem wszystkiego co najpiękniejsze można zobaczyć na tej trasie. To właśnie tam wybraliśmy się na krótki spacer w kierunku wodospadów Devils Punchbowls . Drogę powrotną urozmaiciełem sobie trekiem Aicken Track, który polecam każdemu kto zapuści się w rejony Artura. Pierwszą noc spędziliśmy „na dziko”, gdzie spotkała nas niemiła niespodzianka, a mianowicie wszechobecne muszki oblegające tereny zachodniego wybrzeża południowej wyspy. Wredne owady, tak samo jak komary żywią się krwią, ale bąble pozostawione po ich ukąszeniu swędzą 10 razy bardziej i 10 razy dłużej. Dodatkowo dokonują zmasowanego ataku na żywiciela… masakra! Następnego dnia wyruszyliśmy ku lodowcom Franz Josef i Fox Glacier, które zachwycając swym błękitem i bielą stanowią czołowy punkt Westland National Park. Niestety ze względu na częste zmiany koryta lodowcowych rzek, można do nich podejść jedynie na odległość 100-200 m. Można również wykupić wycieczkę na sam lodowiec, z której jednak zrezygnowaliśmy.

Po kilku godzinnych lodowcowej wędrówki ruszyliśmy dalej w drogę, dobijając do kolejnego punktu którym była Makarora – tam własnie przekonaliśmy się, że czymś zupełnie normalnym jest posiadanie swojego samolotu lub helikoptera ukrytego w stodole ;) Po odpoczynku w tej alpejskiej noclegowni skierowalismy nasza „śnieżynkę” w stronę Queenstown- przepięknie położonej miejscowości, będącej niewątpliwie alpejska stolicą południopwej wyspy. Na miejscu pokusiliśmy się o kultowe Fergburgery- hamburgery slynące na całą Nową Zelandię. Musimy przyznać, że były to jedne z najlepszych bułek z mięsem jakie kiedykolwiek mieliśmy okazję próbować (pomijając wielkość, bo były ogromne). Z Queenstown udaliśmy się w kierunku fiordów i miejscowości Te Anau, by dnia następnego odbić ku Nugget Point, gdzie oprócz przepięknego widoku na Moleyneux Bay, można spotkać pingwiny i lwy morskie. Podczas podóży w stronę orzeszków, mieliśmy kolejną „przygodę”- to chyba standard, ponieważ tam gdzie przepaści, tam przygody… ;) Podsumowując: poślizg na szutrowej drodze nad przepaścią nie jest niczym przjemnym, szczególnie śnieżynką. Na trasie, mieliśmy również okazję zobaczyć prawdziwą nowozelandzką przeprowadzkę. Na zielonych wyspach, tak samo jak na południu Chile, nie tylko przenosi się cały dobytek, ale także domy. W tym celu dom zostaje podniesiony z ziemi (co nie jest zbyt skomplikowane, gdyż buduje się go bez mocowania do fundamentów) i załadowany na lawetę… Możecie sobie wyobrazić ten widok! Trasa przejazdu zostaje zamknięta na poszczególnych odcinkach podróży, dzięki czemu kierowca wiozący chałupę nie musi wykonywać niepotrzebnych manewrów. Z drugiej strony zastanawiam się jak wygląda taki przejazd przez miasto… ;) Z Nugget Point przekatulkaliśmy się do Dunedin i chyba było to najpiękniejsze miasto NZ, jakie do tej pory widzieliśmy. Cudownie położone na głęboko wysuniętym w stronę pacyfiku półwyspie, okazało się numerem jeden wchodniego wybrzeża. To właśniej stamtąd, docierając do Otago Penisula, można znaleźć się w świecie albatrosów, których rozpiętość skrzydeł sięgająca trzech metrów, potrafi wprawić człowieka w wielki zachwyt. Kolejnym punktem wyprawy były Moeraki (właściwie to plaża przylegająca do tej małej miejscowości). To właśnie tam znajdują się tajemnicze, kuliste głazy przyciągające turystów z całego świata. Jedna z hipotez głosi, że zostały zrzucone przez kosmitów, a mają o tym świadczyć sześciany z których złożony jest każdy z głazów ;) Tak na prawdę powstały w wyniku narastania minerałów wokół jakiegoś obiektu, by nastepnie leżakując w klifach przez miliony lat, ujrzeć światło dzienne…

Zostawiając za sobą magiczne kulki, dostaliśmy się do Mt. Cook- najwyższego szczytu NZ (3754 m npm). Po dotarciu do podnóża góry Cooka, ruszyliśmy na 3-godzinny trek w stronę lodowca Hooker. Trasa prowadziła dosyć prostą drogą, urozmaiconą wiszącymi mostami i powalającym widokiem na ośnieżony, najwyższy szczyt zielonych wysp. Następnego dnia zdobyliśmy Mueller Hut (1800 m npm) i czem prędzej udaliśmy się w drogę powrotną ku Christchurch, w którego pobliżu czekała na nas Akaroa- pierwsze miasto w hrabstwie Canterbury, założone przez Francuzów.

Tymczasem relokujemy się naszą śnieżynką II w kierunku północnej części południowej wyspy, a nastepnie stolicy Wellington i Hobbitonu!