Posted in Styczeń 2012

Spojrzeć śmierci w oczy. Derrumbe.

I oto jesteśmy w Peru.

2 stycznia przekroczyliśmy granicę peruwiańską, docierając do Puno – miejscowości będącej słynnym portem jeziora Titikaka oraz jednym z głównych punktów wypadowych na pływające wyspy Uros. Obecnie teren miasta zamieszkiwany jest przez potomków ludu Aymara, będącego jedym z najstarszych w Ameryce Południowej. Miasto z trzech stron otoczone jest górami, zaś od wschodu rozpościera swe ramiona na Titikakę. W Puno mieliśmy okazję skorzystać z usług mototaksówki – jest to pojazd stworzony z przerobionego motoru, posiadającego w tylnej części zabudowane dwa miejsca dla pasażerów. Sama przejażdżka dostarczyła nam nie lada emocji, a to przede wszytskim ze względów bezpieczeństwa. Jak się zwykło mówić w Polsze- w maluchu strefa zgniotu kończy się na silniku, zaś w tym magicznym pojeździe na tylnej folii imitującej szybę :) Jako, że przyjechalismy do miasta głównie w celu zobaczenia słynnych Islas de Uros, wykupiliśmy jedną z wycieczek i popłyneliśmy zobaczyć jak wygląda wodny świat Titikaki. Największe skupisko wysp znajduje się na wschód od Puno i zamieszkują je plemiona Uru, żyjące tam od czasów konkwisty. Nie chcąc popaść w niewolę, postanowili budować swe domy na tafli wody, a ich potomkowie żyją tam do dziś. Obecnie istnieje ponad 40 pływających wysp – każda z nich ma swojego wodza, zaś całość podlega władzy „prezydenta”, będącego reprezentantem całej społeczności. Obecne życie na wyspach kręci się wokół turystów- mieszkańcy żyją głównie z tego co uda im sie wcisnąć zaciekawionym gringos. Oprócz wszechobecnych pamiątek, zobaczyliśmy również jak powstają pływające wyspy i to jak trudne jest na nich życie. Aktualnie mieszkańcy posiadają elektryczność (dzięki bateriom słonecznym), co znacznie ułatwia im życie, ale wilgoć i zimno daje im w kość – i to dosłownie. Spora liczba ludności choruje na reumatyzm. Na wyspach spotkała nas kolejna niespodzianka – Ala (już po raz drugi) mogła poczuć się jak lokalna gwiazda, a to za przyczyną fotografujących się z nią dziewczynek.

Z Puno udalismy się do Cuzco będacego archeologiczną stolicą Ameryki Południowej, i to nie tylko z powodu bliskiej odległości Machu Picchu, ale przede wszystkim sporych pozostałości po inkaskiej zabudowie, która doskonale wkomponowana w obecną architekturę miasta, daje świadectwo bogatej historii tego miejsca. Miasto zostało założone z polecenia boga słońca przez pierwszego władcę Inków Manco Capac, a jego nazwa w języku keczua oznacza pępek świata… Do czasu zdobycia prez hiszpanów, stanowiło stolicę Inków, a dziś jest niekwestionowaną stolicą turystów zmierzających tu z każdej części świata. Jest tu bardzo klimatycznie, a położenie i zabudowa przypominają nam widoki znane już z hiszpańskiej Granady. Na kilka dni zamieszkaliśmy w Hospodaje Inka i każdemu kto zmierza do Cuzco, polecamy właśnie to miejsce. Jest to najpiękniej położony hostel, jaki do tej pory odwiedziliśmy. Jeśli chodzi o kuchnię, to spróbowalismy tu kilku nowych potraw, a jedna przyżądzona przez nas zjednała nam właściciela hostelu i zapadnie nam długo w pamięci. To za sprawą papryczek chili, które mimo, że miały być średnio ostre – okazały się być piekielnie palące oraz kamote (słodkiej odmiany ziemniaka), które kupiliśmy przez pomyłkę (tak na marginesie, można tu dostać kilkanaście rodzajów ziemniaków i tyle samo kukurydzy).

7 stycznia wyruszyliśmy na podbój Machu Picchu, wybierając opcję „budżetową” pomijająca pośredników w postaci biur podróży i drogiej Peru Rail. W Cuzco zakupiliśmy bilety wstępu do machu i tak zaczęła się niezapomniana przygoda… Jak to bywa w Ameryce Południowej – wszystko z opóźnieniem. Autobus do miasteczka Santa Maria według informacji otrzymanych w biurze obsługi turystycznej, miał wystartować między 6 a 7 – na miejscu okazało się, że wg rozkładu pierwszy mamy o 7,30, którym i tak wyjechalismy o 8,20. Trasa przebiegła jak zwykle ciekawie. W autobusie oprócz kotów w workach, towarzyszyły nam psy w kartonach ;P Droga wiodła stromymi zboczami wśród chmur, zaś kierowca nie oszczędzał naszych żołądków, pokonując zakręty z zawrotną prędkością. I byłoby tak aż do pierwszego celu naszej wyprawy, gdyby nie osuwisko ziemi blokujące przejazd. Przymusowy przystanek trwał ok godziny, a czas postoju został niezwłocznie wykorzystany przez dwie Indianki, które całkiem przypadkiem posiadały przy sobie garnki z jedzeniem. Dzięki temu mogliśmy posilić się lokalnym fastfoodem w cenie 2 soli i wyruszyć dalej w drogę. Do St. Marii dotarlismy ok 14,30 skąd wraz z dwójką Argentyńczyków wzięliśmy „taksówkę” za 60 soli i wyjechaliśmy w trase ku Hydroelectrica. Tym razem podróż minęła wśród dżungli bananowców, avocado, dziko rosnącej kawy i przepaści… a przejazdy przez wodostpady dodawały frajdy całej wyprawie. Po kolejnych osuwiskowych przygodach, ok 17 dotarliśmy do elektrowni, skąd rozpoczęliśmy trekking do Aquas Calientes. Drogę udało sie pokonać w 1,5 godziny i tym samym zdobyć żółtą koszulkę lidera, docierając na miejsce już po zmroku. Niezbyt przyjemną trasę po torowisku wynagrodziły nam stada świetlików towarzyszące już od zmierzchu oraz imponujący, iście inkaski krajobraz.

Następnego dnia o godz. 4 rano wyruszliśmy zdobywać Machu Picchu, do którego bram dotarliśmy dwie godziny później. Na miejscu spotkaliśmy poznanych w La Quiace Australijczyków (z którymi bylismy na Salarze), co potwierdziło, że świat jest mały :) Machu Picchu zachwyciło, nawet będąc skąpane w chmurach mgły i strugach deszczu. Spędziliśmy tam kilka godzin i na długo zapamiętamy jeden z nowych siedmu cudów świata.

Początkowo nie chciałem opisywać naszego powrotu do Cuzco, ale to czego doświadczylismy po drodze zasługuje na uwagę.. Z Aquas Calientes tym razem wyjechaliśmy słynną koleją i dotarliśmy nią do elektrowni, z której busem mielismy udać do St. Marii. Niestety busów nie było, a to z powodu kolejnych osuwisk skalnych powstałych pod wpływem ulewnych deszczy. Drogę do St. Teresy (miejscowości znajdującej się pomiędzy hydroelektrownią a St. Maria) pokonaliśmy pieszo, przechodząc po osuniętych głazach, co było dosyć ryzykowne. Zaraz za „górką kamieni” czekał na nas bus, którym odjechaliśmy w stronę kolejnej wsi. I miało być już wszystko ok, ale nie było. Podczas podróży bylismy świadkami sytuacji gdy przed naszym autem „śmigały” głazy o średnicy 1 m – w tym wypadku pozostawało jedynie przeżegnać się i pomodlić. W przypadku spadających głazów, jedyną opcja jest szybki przejazd przez zagrożony teren – wtedy albo się uda albo nie ;] Jeśli nie, to w najlepszym przypadku auto zostaje stratowane przez kamienie (widzieliśmy jak wygląda bus po takiej przygodzie), bądź spada razem z nimi w przepaść. W tym miejscu chcielibyśmy przestrzec wszystkich wyruszających na Machu Picchu pora deszczową – ryzykujecie własne życie! Gdybyśmy do końca zdawali sobie sprawę z wielkiego ryzyka, pewnie odpuścilibyśmy sobie tę wyprawę. Teraz bogatsi o nowe doświadczenia, mamy nadzieje, ze był to pierwszy i ostatni raz, kiedy spotkanie z Bogiem było na wyciagnięcie ręki.

W galerii oczywiście fotorelacja. Nie posiadamy zdjęć z powrotnej trasy…

Czas ochłonąć. Jutro wyjeżdzamy do Nazca. Bez odbioru.

Copa, copa, copacabana i napar z liści koki.

Do Copacabany dotarliśmy 28 grudnia. Trasa przebiegła klasycznie urzekająco, a oglądając tak piękne krajobrazy, podróż mogłaby trwać godzinami… Zaraz po przybyciu zarezerwowaliśmy miejsce w hostelu i o dziwo znaleźlismy pokój z pięknym widokiem i podłogą pokrytą orzechową deską :) Następnie  wyruszyliśmy w poszukiwaniu taniego i dobrego jedzenia, które również znaleźliśmy w dosyć krótkim czasie (jak zwykle nie zawiodła metoda obserwowania miejsc, w których stołują się miejscowi). Naszym kelnerem był 12 letni Eduardo, a  jedzenie podawane przez niego było chyba najlepszym, którym mieliśmy okazję się posilić. Jeśli jesteśmy już przy kwestii posiłków, to spróbujemy poruszyć Wasze zmysły. To własnie tutaj próbowaliśmy kilu odmian bananów, ciepłych kukurydzianych ciastek zagryzanych świeżywmi figami… Naszym fastfoodem okazał się punkt sprzedaży ulicznej żywności, gdzie wraz z mieszkańcami zajadaliśmy miejscowe „hamburgery” z mięsem mielonym, warzywami i sadzonym jajkiem, zapijajac wszystko naparem z liści koki. Piszę o tym, gdyż jeszcze miesiąc temu chyba nie odważyłbym się zasiąść przy tym ulicznym stole, a teraz czuję się jak w raju… i tylko zerkam na turystów, którzy „wciagają” pizzę, zakrapiając  Johnym Walkerem, zadając sobie pytanie: „o co tutaj chodzi?”  W Copacabanie próbowalismy również kultowego napoju Inca Kola, produkowanego w sąsiednim Peru.

Powracając do kwestii samego miasta, to słynie ono nie tylko z jeziora Titicaca, nad którym jest położone, ale również z góry Kalwarii oraz katedry , gdzie znajduje się słynna figura patronki Boliwii-  Matki Boskiej Dziewicy z Copacabany (posiadajacej indiańskie rysy twarzy). Biorąc pod uwagę dokonane cuda i to jak ważne jest to miejsce dla każdego Boliwjczyka, Copacabanę można śmiało nazwać boliwijską Jasną Górą. To w związku z kopią cudownej figury, znajdujacą sie w jednym z kościołów Rio de Janeiro, nazwano nadmorską dzielnicę tego miasta Copacabaną. Podczas naszego pobytu nad Titicacą, wybraliśmy się również na wyspę Isla del Sol, z której według inkaskich wierzeń pochodzą przodkowie rodu indiańskich plemion. To właśnie tam narodzilo się słońce, a ja spiekłem sobie twarz.

Jednym z ciekawszych obrzędów związanych z Copacabaną są rytuały święcenia samochodów lub ich miniatur, małych domków, zwierząt czy pieniędzy, symbolizujących te realne dobra, których nie można było przynieść ze sobą. Co tydzień w soboty i niedziele odbywa się uroczyste poświęcenie pojazdów, zaparkowanych w tym celu przy wejściu do katedry. Przed obrzędem kierowcy przyozdabiają swoje samochody kwiatami i innymi „cudami”, zaś po uroczystym pobłogosławieniu auta, spryskują je szampanem i piwem, a nastepnie odpalają fajerwerki i obrzucają płatkami kwiatów. Pozostały alkohol oczywiście wypijają – tym sposobem zapewniają sobie łaski na kolejny rok. Po poświęceniu auta, cała rodzina wykonuje sobie pamiątkowe zdjęcie z księdzem oraz przyozdobionym pojazdem. Rodziny fotografują się też ze znanymi osobistościami, dlatego też przez jedną z nich zostaliśmy zaproszeni do wspólnego zdjęcia :)

Jeśli chodzi o Titicacę, to jest to drugie co do wielkości jezioro znajdujące sie w Ameryce Południowej i chyba każdy(?) z lekcji geografii zapamiętał – najwyżej położone na świecie. Otoczone nie tylko pięknymi górami, ale również drobnymi połaciami lasów iglastych. Cieszymy się, że spedziliśmy tu kilka dni, świętując przy tym przywitanie Nowego Roku.

I tak po prawie miesiącu spędzonym  w Boliwii, opuszczamy to piękne miejsce, kierując się w stronę peruwińskiej części jeziora, zmierzjac na spotkanie z mieszkańcami „teatralnych” pływających wysp.