Posted in Styczeń 2012

Fruniemy dalej… :)

Czas leci. Za nami Wielka Brytania, Brazylia, Argentyna, Boliwia, Peru i Chile, a także ponad 12 000 km podróży w samej Ameryce Południowej.  Nigdy nie zapomnimy bogactwa wspaniałych smaków i zapachów, cudownych chwil i ludzi których spotkaliśmy właśnie tutaj na swojej drodze. W trakcie tripu zakochaliśmy się… moją nową miłością jest Boliwia, zaś Ali – Peru.

Dla mnie Boliwia już zawsze będzie kojarzyć się z ludźmi o złotych zębach na przedzie, frytkami w zupie, tańczącymi dziećmi na ulicach i targiem Mercado Negro… To właśnie tam próbowaliśmy wielu wspaniałych rzeczy, które postaramy się zabrać ze sobą do kraju. Boliwia sprawiła, że przeniosłem się do innej bajki. Bajki, która czasem wydaje sie być tak nierealna i niezwykła, aż  trudno w to uwierzyć. Ta odmienność przyciąga jak magnes i uzależnia tak mocno, jak uzależnia smak życia spijany z plastikowego kubeczka pełnego pomarańczowego soku, wyciskanego spracowanymi dłońmi starszego Pana. Na pewno kiedyś tam wrócę.

Dla Ali numerem jeden było Peru, nie tylko pod względem cen, ale przede wszystkim mieszkańców, którzy znacznie róznią się od swoich boliwijskich sąsiadów, a także rewelacyjnego jedzenia (no może pomijając świnki, koty i żaby…). No i te: „godziny spędzone w ogrodzie naszego hostelu w Cusco, pływające wyspy Uros z barwnymi mieszkańcami, spadające głazy w podróży do Aguas Calientes, tajemnicze linie w Nasce, sandboarding w oazie Huacachina oraz spacer brzegiem oceanu w Challa na dłuugo zostaną w mojej pamięci…”

Ostatnie dni spędziliśmy w Santiago, stolicy Chile. Dostaliśmy sie tam stopem, pokonujac około 450 km. Na kultowej panamericanie trafiliśmy na niezwykle  uprzejmego kierowcę stawiąjacego nam obiad i owoce, których jeszcze nie mieliśmy okazji próbować.  W chilijskiej metropolii zostaliśmy na dwa dni, gdzie dzięki Sol i Marcelo (nasi cs’i), którzy oprowadzili nas po mieście, mogliśmy zapoznać się z jego historią. Miasto liczy ponad 5 mln mieszkańców, co stanowi 1/3 liczby ludności Chile i choć jego historia naznaczona jest blizną dykatatury, to w obecnej chwili przypomina typową hiszpańską metropolię. Mimo, że miasto nie jest zbyt piękne, to niekóre części jego zabudowy idealnie kalkowały stolicę Dolnego Śląska… czyżby to już tęsknota?

Tymczasem wyruszamy dalej. Przed nami Nowa Zelandia- za 10 godzin wzbijemy sie w powietrze ku kolejnej przygodzie. Auto zarezerwowane, couchsurfer zaklepany, a więc żegnaj Ameryko! Do zobaczenia/napisania z planu Hobbita :)

Rozciągnięte Chile

16 stycznia przybyliśmy do Arequipy, drugiego co do wielkości miasta w Peru, gdzie spędziliśmy trzy dni. Na miejscu zobaczyliśmy wszystko, co było do zwiedzenia.  Najbardziej podobał nam się targ, zaprojektowany podobno przez Eiffela (tak tego od paryskiej wieży). Szczególną (jak zwykle) uwagę zwracaliśmy na miejscowe jedzenie. Jak już wiadomo, próbowaliśmy bezbronnej świnki, dowiedzieliśmy się o kotach konsumowanych w Ica, ale i również  o „jugo de rana”, czyli soku z żaby. Do sporządzenia cudownego shakea potrzebna jest żywa żaba (ogłuszona metodą „za nogi i o stół”), kilka nieistotnych składników, oprawca i mikser… więcej chyba nie trzeba opisywać? :) W tym momencie przypomniał mi sie kawał: „Co to jest:  zielone. Pstryk. Czerwone? (…).”  Odpuszczając sobie już kwestie kulinarne, warto wspomnieć o tym, że w końcu udało nam się dogadać z kimś z couchsurfingu w sprawie noclegu. Naszym pierwszym couchem było Mauricio, który wprawił nas w lekkie zdziwienie, zostawiając nam klucze do swojego pustego semi similar house, za co jesteśmy mu bardzo wdzięczni. Przy okazji dowiedzieliśmy się o istnieniu czegoą tak pożytecznego jak solar kitchen (dla zainteresowanych: http://www.youtube.com/watch?v=wyXsYkumHcw).

Z Arequipy przedostaliśmy się do Tacny, również znanej z dzieł słynnego Eiffela, gdzie gościliśmy u belgijskiej rodziny. Z Tacny za pomocą „colectivos” przekroczyliśmy granicę z Chile, zawijając do portu Arica. Trasę pokonaliśmy w pięknym Lincolnie z lat 80-tych, którego maska długości małego fiata wprawiła nas w osłupienie równie mocno jak „ciężka noga” naszego kierowcy. 87 letni kierowca był obywatelem Chile i jak twierdził, kurczaki które je się w Peru powodują bezpłodność, a od coca coli i innych gazowanych napoi ślepnie się najdalej w wieku 80 lat ;) Chile nie zaskoczyło nas europejskimi cenami, na które byliśmy przygotowani. Natomiast miłą niespodzianką okazały się wina ( 3xtańsze niż w Polsce), z którymi nie rozstaniemy się, aż do wyjazdu z „europejskiego” państwa Ameryki Południowej…

22 stycznia, po 24 godzinnej przeprawie z północy, trafiliśmy do La Sereny- ponoć jednego z najpiękniejszych i najstarszych miast Chile. Tutaj poznaliśmy Michała, u którego zostaliśmy na  dwie noce oraz spotkaliśmy się z naszą znajomą Martą, z którą wybraliśmy się zaznać kąpieli w o dziwo cieplejszym (niż w Peru) oceanie. W trakcie wizyty w La Serenie odwiedziliśmy oddaloną o ok 50 km Vicunię, gdzie nocując w robotniczym hostelu, spędziliśmy kolejną noc. Do tejże małej miejscowości przyciągneły nas obserwatoria astronomiczne, rozsiane po okolicznych wzniesieniach, a szczególnie jedno z nich: Mamalluca. Gwoli wstepu- Chile posiada najczystsze niebo na świecie i to własnie tutaj można zobaczyć to czego w innej części swiata raczej gołym okiem nie będziemy w stanie. Wieczorem udaliśmy się do obserwatorium, gdzie podczas iście cudownego spektaklu, nauczylismy się odróżniać gwiazdy pod względem ich wieku, z bliska zobaczylismy Wenus i Jowisza, a takze poszczególne gwazdozbiory.  Niesamowite było to, że mimo iż posiadaliśmy do dyspozycji sporej wielkości teleskopy, to gołym okiem mogliśmy zobaczyć fragment mlecznej drogi czy dostrzec przelatujące nad nami satelity! Dla mnie równie ekscytującym momentem było zobaczenie planet Kastor i Polluks, bedących głowami mojego zodiakalnego bliźniaka. W  Vicuni odwiedziliśmy również  halę produkcyjną lokalnego trunku Pisco, a także zaponaliśmy się z jego bogatą historią (nie zabrakło oczywiście degustacji :) Po dniu spędzonym w Vicuni, powróciliśmy do La Sereny, skąd przedostaliśmy się do Ovalle, gdzie zatrzymaliśmy się u Marty.

 

Nadejszła wiekopomna chwila – CUY

Wczoraj wybraliśmy się do restauracji, aby spróbować typowego peruwiańskiego dania. Już przed przyjazdem do Peru wiedziałem co to będzię i zdawałem sobie sprawę z tego jak będzie to trude. Jako, że chcieliśmy, aby potrawa była przyrządzona w tradycyjny sposób, udaliśmy się do (ponoć) znanej w całej Arequipie Picanterii El Pato, gdzie szerokim uśmiechem przywitał nas młody kelner, oferujący specjalności kuchni. Magii całej knajpie dodawał nie tylko brak „jedynki” naszego kelnera, ale również stara, zakurzona maszyna grająca i reszta klientelii upojonej lokalnym piwem. Po złożeniu zamówienia, na stół przywędrowała przystawka w postaci prażonych ziaren kukurydzy i ostrego sosu, które idelnie komponowały się ze złościstą Arequipeną. No i stało się. Po 20 minutach na naszym stole zagościł cuy – dla niewtajemniczonych – pieczona świnka morska, a wraz z nią marynowany bób, cebula i ziemniaki. Na pierwszy rzut oka, potrawka wyglądała całkiem dobrze, ale gdy zobaczyłem małe nóżki wygięte w cztery strony świata oraz czaszkę rozłupaną niczym orzech włoski chrupany o poranku… skusiłem się jedynie na mięso, które w smaku przypominało kurczaka. Ala oprócz mięsą próbowała również pieczonej skórki, na którą już nie miałem ochoty.

Po spożyciu dania głównego zapytaliśmy jak przyrządza się świnkę i skąd pochodzi ten zwyczaj. I tu uzyskaliśmy sprzeczne informacje- wcześniej przeczytaliśmy, że jest to danie pochodzące z czasów pre inkaskich, zaś właściciel zarzekał się, że jest to danie z Arequipy. Mięso świnki jest bogate w proteiny i zawiera małe ilości tłuszczu, dlatego jest tak smacznym kąskiem dla mieszkańców Peru. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że w Ica, wktórej gościliśmy kilka dni temu, regionalnym specjałem są koty. I wtym momecie wszystko zaczęlo układać się w spójną całość- pierwsze koty które widzieliśmy w Peru, spotkaliśmy dopiero w nadmorskim Chala…

Słońce, deska i piasek w zębach

Marzenia się spełniają. Tak zacznę mój nowy wpis, a to z powodu spełnienia się po jednym z mojego i Ali.

11 stycznia dotarliśmy do Nazca, słynącego z kosmicznych wzorów na piasku, powstałych między 900 a 300 r. pne oraz palącego słońca (tutaj chyba nigdy nie pada). Tajemnicze wzory wykonano prawdopodobnie  w celu nawiązania kontaktu z pozaziemskimi cywilizacjami… Jest to jedna z wersji wyjaśniająca istnienie rysunków. Jednak przez lata nikt nie przedstawił wiarygodnego wytłumaczenia dlaczego i w jakim celu powstały te przedziwne figury, a ich wykonawcy znikneli w tajemniczych okolicznościach.  Aby zobaczyć magiczne znaki, należy wzbić się w powietrze małą awionetką, skąd wraz z wymiotującymi dziećmi można oglądać, to co stworzyli  pradawni mieszkańcy Nazca. Spełniajac to marzenie, Ala pozbyła się kilkuset soli – ale czego nie robi się dla wspomnień? Z racji tego, że takie „cuda” mnie nie bawią (tym bardziej za taką cenę), w tym czasie smacznie spałem w hostelowym pokoju, cierpliwie czekając dnia następnego, gdyż na ten moment czekałem już od dawna. Dzień później udaliśmy sie do miasta Ica, skąd już rzut beretem do Huacachina (malutkiej miejscowości-oazy, znajdującej się na pustyni), gdzie można spróbować swoich sił na piasku. Huacachina- niegdyś kurort, do ktrórego przybywali okoliczni mieszkańcy, a dziś stolica peruwiańskiego sandboardingu oraz przejażdżek buggy.

Sandboarding jest letnią odmianą snowboardu i choć nie jest to szeroko rozpowszechniona dyscyplina sportu, to można jej spróbować nawet w Polsce (np. w Parku Słowińskim). W Polsce niestety nie znajdziemy tak długich stoków, jakie oferują peruwiańsko-chilijskie pustynie… nawyższa góra (Cerro Blanco) mierzy ok 2000 m npm i rekord predkosci zjazdu z niej na desce  wynosi ok 90 km/h.  Jeśli chodzi o nas, to w zamierzchłych czasach próbowalismy swoich sił na stoku, co trochę pomogło przy zjeździe po piachu. Piszę „trochę”, ponieważ istniej kilka różnic na które warto zwrócić uwagę: przed startem należy przesmarować deskę woskiem, a przy zjeździe większy cieżar ciała przenieść na tylną nogę.. dzięki czemu nabierzemy większej predkości i lekko stracimy panowanie nad ślizgiem :) Początkowo zsuwaliśmy się z niewielkich wzniesień, by po kilku zjazdach  nabrać pewnej wprawy i skierować swoje deski na podbój wiekszych i bardziej stromych wzniesień. Osoby, które bały się poczuć wiatr we włosach, stojąc samodzielnie na desce, mogły sie na niej położyć  i w ten prosty (ale jak ekstremalny!) sposób pokonywać pustynne pagórki. Choć szybkość zjazdu nie urywała głowy (może dlatego, że dostaliśmy lekko wybrakowane deski?), to widoki i przejażdżka buggy wyrywają tyłek razem z kręgosłupem. Buggy to ososbna bajka- kiedyś budowałem takie pojazdy z lego technic, a dziś mogliśmy przetestować ich możliwości na żywo :) Jednyn słowem  bomba(!)- doznania niczym w najlepszym rollercasterze, a pikanterii dodaje możliwość wywrotki takiegoż pojazdu. Na koniec pustynnego tripu, obejrzeliśmy cudowny zachód słońca i nastepnego dnia udaliśmy się do Chala- lokalnego nadmorskiego kurortu, tym samym docierajac do wybrzeża oceanu spokojnego. Podczas podróży busikiem byliśmy świadkami wyścigu „Paryż-Dakar”, co trochę urozmaciło naszą trasę.

Chala jest małą, nadmorską miejscowością, znajdującą się pomiedzy Nazca, a Arequipą, gdzie w  hostelu prowadzonym przez starszego pana, spedziliśmy dwie noce. Na miejscu zachwyciły nas setki biegających po plaży krabów oraz kondory, dumnie patrolujace wybrzeże. Naszą uwagę zwróciły również dzieci, wyławiające z morza algi (które następnie sprzedawały z przeznaczeniem na produkcję kosmetyków).

Chale opuściliśmy 15 stycznia, skąd przedostaliśmy się do kolejnej nadmorskiej miejscowości- Camana. Tu już nie było tak sielsko, a plaże usiane turystyczną bracią, przypominały Mielno w szczycie sezonu. Mimo, że miejscowość polecana przez ulotki turystyczne, to raczej nie zachwyca. Brud, zimny ocean i krajobraz niczym po wojnie, toteż nie było po co zostawać na dłużej i nastepnego dnia wyruszyliśmy dalej ku Arequipie, czyli kolejnej gwieździe wśród peruwiańskich miast, której opis już niedługo :)

Dodajemy również kilka nowych zdjęć.