Kaktusy, amerykańce i piasek…

Podróż z Iguazu do Buenos nieoczekiwanie przeniosła nas w czasie o jakieś 15-20 lat. Przez ponad 6 godzin byliśmy męczeni teledyskami ATB, Mr President, dj Bobo czy dr Alban… przez resztę czasu – niszowym kinem akcji (cios za ciosem). Po 20 godzinach dotarliśmy do stolicy Argentyny, gdzie pierwsze kroki skierowaliśmy do hostelu Sol, w ktorym zarezerowaliśmy nocleg. Na pierwszy rzut oka, nie zrobił na nas pozytywnego wrażenia, szczególnie po negatywnej opinii Nowozelandczyka, którego tam spotkaliśmy, ale w „praniu” okazalo sie zupełnie inaczej. Poznaliśmy tam wielu ciekawych ludzi, spośród których kilku zaprosilismy do udziału w naszym projekcie. No i niezapomniane Riders on the storm i inne klasyki grane na pianinie… 🙂

Buenos Aires oczarowalo nas niezmiernie. Miasto choć sporej wielkości, zdaje sie być bardziej przyjazde osobom przyjezdym niż Rio (może ze względu na większe zróżnicowanie koloru skóry tamtejszych mieszkanców – w Brazylii biały jest prawdziwym gringo, tutaj jest już swobodniej). Jak na razie w Buenos spędziliśmy najwięcej czasu, bo 5 dni, podczas których zwiedziliśmy La Boca (chociaż te turystyczne słynne uliczki zupełnie różnią się od całej dzielknicy), dzielnicę San Telmo (pełną antykwariatów), Puerto Madero oraz Recoletę z zabytkowym cmentarzem. Dla nas Buenos Aires było dużo bardziej europejskie niż latynoamerykańskie.

4 grudnia dotarliśmy do Salty.I znów niespodzianka- miało być 18 stopni, a było parno i gorąco, chociaż wedle przewidywań wieczorem spadł deszcz (i to nawet z gradem!). Rano przy śniadaniu poznaliśmy grupę Basków, którzy wynajętym autem chcieli wyruszyć w trip po okolicznych trasach winiarskiego Cafayate. Jako, że mieli 2 wolne miejsca w samochodzie, spakowaliśmy nasze ciuchy (+mokre pranie:) i wyruszyliśmy razem z nimi. Dotarliśmy w obszary, do których nie dojeżdżają autobusy i uświadomiliśmy sobie, że droga jest pojęciem względnym i tak naprawdę mogłoby jej wogóle nie być. Przeważnie podróżowalismy po drogach szutrowych, kilka tysiecy metrów nad poziomem morza. Drogi zupelnie dzikie, niczym nie zabezpieczone i w niektórych miejscach przejezdne tylko w jedną stronę. Jednak Filip był niezwykle „:D” z możliwości prowadzenia auta w takich warunkach.

Mieliśmy okazję zobaczyć cudowne krajobrazy, urozmaicone kilkumetrowymi kaktusami, oraz miejsca w których życie płynie zupelnie inaczej… Trasa prowadziła z Salty przez Cachi, Molinos (tam spaliśmy), Angastaco do Cafayate (gdzie degustowalismy wina Nanni), a następnie ponownie do Salty. W tak małych miejscowościach dostrzec można ewidentną manipulację cenową- niektóre sklepy na widok naszych białych twarzy windowały ceny.

Jak na razie zostajemy w deszczowej Salcie, z której za dwa dni planujemy wyruszyć do Boliwii.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *