Posted in Grudzień 2011

Wesołych Świąt!

Chcielibyśmy wszystkim Wam życzyć spełnienia marzeń, odkrywania nowych wspaniałych miejsc, dużo dobra i uśmiechu spotykanego na Waszej drodze, a także zdrowia (które jest najważniejsze).

Przy okazji aktualizujemy naszą galerię :)

Ala i Filip


				

Widzę jak diabeł tu chodzi na palcach. Nabiera tu mocy. La Paz.

Oj życie w La Paz płynie ciekawie… pamiętacie czasy, kiedy za 10 zł można było kupić paczkę fajek, piwko i listek gumy do żucia? W Boliwii za dychę mamy,  papierosy, ćwiartkę whiskey i paczkę gum. Bez problemu moża pójść do burger kinga… ale co z tego, skoro prawie nikt tam nie chodzi, bo jest drogo. Tutaj bieda ma ciemny kolor skóry i ubija kotlety za pomocą kamienia owiniętego w worek, dzieci tańczą za jedego boliwiana, a zwierzęta oprawia sie na ulicy.

Jest w tym wszystkim coś dziwnego, coś co nie pozwala przejść obojetnie.  Miasto podzielone jest na trzy części: pierwszą znajdującą się najwyżej, zamieszkiwaną przez najniższą warstwe społeczną, drugą bedącą na wysokości centrum miasta, stanowiącą tzw. klasę średnią oraz trzecią- położoną najniżej obejmujacą tych najbardziej bogatych. Życie płynie tu szybko, auta dźwiękiem klaksonu starają sie pospieszyć wszystkich jadących przed nimi- i choć na nic to się zdaje, odgłosy trąbiacych kierowców usypiają nas, jak i budzą wcześnie rano. Mieszkamy w centrum, na ulicy „opanowanej” przez fryzjerów(Calle Murilo)- każde wyjście z hostelu wiąże się z zapraszającym wołaniem do „salonu”. I tak jest wszędzie. Obok nas znajdują się również typowo handlowe ulice(Sagarnaga, Mercado Negro), obfite w art spożywcze, a także pamiątki . To własnie tam można kupić świeże owoce, mięso (które o dziwo samo nie ucieka) i typową boliwijską odzież- czapki z nausznikami, swetry, rękawiczki i inne cuda. My niestety musimy ograniczyć się jedynie do kilku pamiątek, gdyż jak wiadomo podczas podróży plecak „puchnie”, a przed nami jeszcze kilka miesięcy… Nie sposób również przejść obojetnie obok ulicy czarownic(Linares), na której indianki oferuja magiczne specyfiki na każdą przypadłość. Znajdziemy tam spreparowane łona lamy, zioła i napary czy wysuszone małe lamiątka. Co kto lubi.

Nie ma tu sklepów ogólno-spożywczych czy samów. Na całe miasto, liczące ok. 1 mln mieszkańców,  są prawdopodobnie trzy sklepy oferujące szerszy asortyment pod jednym dachem. Wszyscy mieszkańcy najczęściej robią zakupy pod domem lub na targu.  Większość towarów zakupimy tutaj na ulicy- począwszy od pieczywa, a kończąc na przedłużaczu czy żarówce. Szczególną uwagę zwracają na siebie punkty oferujące pirackie filmy i programy komputerowe, sprzedawane przy głównych ulicach miasta.  Bez problemu dostaniemy tam gorące filmowe nowości w cenie 3 boliwianów (1,50zł) czy obejżymy z przechodniami film wyświetlany w celach reklamowych. Charakterystyczną cechą miasta sa również budki zajmujące ok 1m2, oferujace towary luksusowe, takie jak cukierki na sztuki, gumy do żucia, papierosy czy napoje na miejscu. Oprócz cukierków są również  słodycze znane z naszych sklepów,no ale luksus kosztuje… za batonik typu Mars należy zapłacić ok 8 boliwianów, czyli praktycznie równowartość obiadu (mimo, że niektóre towary są bardzo tanie, to czekoladki skutecznie „nadrabiają” różnice cenowe innych artykułów).

Jeśli chodzi o kuchnię, to podstawą jest kurczak. Najczęściej smażony w cieście, podawany wraz z ryżem, frytkami, smażonymi bananami oraz zestawem sosów, zaś najchętniej kupowanymi ulicznymi przekąskami są empanady, czyli pierogi z kruchego ciasta wypełnione nadzieniem. Istnieje też sporo punktów oferujacych soki – zazwyczaj świeżo wyciskane bądź w formie koktajli, które można wysączyć na miejscu (ze szklanki płukanej w jednym wiadrze z wodą) lub wziąć na wynos w worku foliowym zwieńczonym rurką J Odrębną kwestią jest sprawa higieny – czasami wolelibyśmy nie widzieć niektórych rzeczy…

Ciekawie jest choć chwilę pomieszkać w tym nadzwyczajnym mieście sprzeczności.

28 grudnia mamy zamiar kierować się w  stronę boliwijskiej Copacabany, gdzie u wybrzeży jeziora Titicaca spędzimy sylwestra.

Od tygodnia w Boliwii

Boliwia. Już na granicy, którą przekroczyliśmy 10 grudnia w miejscowości Villazón, widać sporą różnicę między nią, a argentyńską La Quiaca. Na przejściu granicznym spore kolejki imigrantów „ciągnących” na południe,  w budce celnika na honorowym miejscu fotografia prezydenta Evo Morales Ayma itd. My zaś otrzymujemy pieczątkę upoważniającą do 30 dniowego pobytu oraz kartę wjazdową (znaną już z Brazylii, której strzec należy niczym paszportu), więc ruszamy dalej. Tym razem kierujemy się na stację kolejową, skąd wyruszamy do Uyuni. Pociąg w porównaniu z autobusem, okazuje się dosyć wygodnym środkiem transportu, choć jego prędkość nie powala- 300 km pokonalismy w 11 godzin. Widoki klasycznie cudowne – nawet w nocy. Na miejsce docieramy z 2 godzinnym opóźnieniem, co nie jest niczym nadzwyczajnym.

Rano, razem z poznaną w hostelu grupą, wykupujemy wycieczkę na trzydniowy trip po okolicach Uyuni. Po dwu godzinnym oczekiwaniu na samochód, okazuje się, że w przy wyjeździe z parkingu auto miało stłuczkę i nie możemy wyjechać, a kobieta której płacilismy za transport znika wraz z naszymi pieniędzmi. Pieniądze udaje się odzyskać, ale wyjazd musimy przełożyć na następny dzień.  Gdy rano pojawiamy się przed agencją i widzimy zdezelowaną toyotę land cruiser mamy nietęgie miny. Auto okazuje się jednak niezywkle wytrzymałe – jako jedyne dotrwało do końca wycieczki bez zmiany koła czy innych przygód (nie licząc sytuacji gdy zabrakło nam paliwa 20 km przed Uyuni). Jeśli chodzi o okolice Uyuni, to jest co ogladać… Salar de Uyuni jest pozostałością po wyschniętym słonym jeziorze, znajdującym się na wysokosci 3600 mnpm, zajmuje obszar około 11 tys km2 i jest najbardziej płaskim obszarem na ziemi. Nocujemy w hotelu wykonanym w całości z soli i rano ruszamy w dalszą drogę. Kolejne dwa dni spędzamy w rezerwacie Laguna Colorada, gdzie na wyciągnięcie ręki można zobaczyć flamingi, wykąpać się w gorących źródłach, powspinać się czy zrobić pustynny trekking.

Jesli chodzi o życie w Boliwii, to wszystko wydaje sie dosyć dziwne. Normalnym jest praca nieletnich w sklepach i barach – nawet 6-7 letnich dzieci itp. Jest to najwyżej położony kraj, pełen wielu kontrasów i cudów natury. Pogoda jest bardzo zróżnicowana. W dzień upalnie (ponad 30’C), w nocy zimno (ok 5’C) – w końcu przydały się nasze kurtki.  Większość terenu po którym poruszaliśmy się przez ostatnie dni znajdowała się 3500-5000 m npm, dlatego niektórzy cierpieli na chorobę wysokościową. Nas na szczęście soroche nie dopadła.

Dzisiaj dotarliśmy do La Paz i mamy zamiar zostać tu do Świąt.

Zapraszamy do galerii.

 

Kaktusy, amerykańce i piasek…

Podróż z Iguazu do Buenos nieoczekiwanie przeniosła nas w czasie o jakieś 15-20 lat. Przez ponad 6 godzin byliśmy męczeni teledyskami ATB, Mr President, dj Bobo czy dr Alban… przez resztę czasu – niszowym kinem akcji (cios za ciosem). Po 20 godzinach dotarliśmy do stolicy Argentyny, gdzie pierwsze kroki skierowaliśmy do hostelu Sol, w ktorym zarezerowaliśmy nocleg. Na pierwszy rzut oka, nie zrobił na nas pozytywnego wrażenia, szczególnie po negatywnej opinii Nowozelandczyka, którego tam spotkaliśmy, ale w „praniu” okazalo sie zupełnie inaczej. Poznaliśmy tam wielu ciekawych ludzi, spośród których kilku zaprosilismy do udziału w naszym projekcie. No i niezapomniane Riders on the storm i inne klasyki grane na pianinie… :)

Buenos Aires oczarowalo nas niezmiernie. Miasto choć sporej wielkości, zdaje sie być bardziej przyjazde osobom przyjezdym niż Rio (może ze względu na większe zróżnicowanie koloru skóry tamtejszych mieszkanców – w Brazylii biały jest prawdziwym gringo, tutaj jest już swobodniej). Jak na razie w Buenos spędziliśmy najwięcej czasu, bo 5 dni, podczas których zwiedziliśmy La Boca (chociaż te turystyczne słynne uliczki zupełnie różnią się od całej dzielknicy), dzielnicę San Telmo (pełną antykwariatów), Puerto Madero oraz Recoletę z zabytkowym cmentarzem. Dla nas Buenos Aires było dużo bardziej europejskie niż latynoamerykańskie.

4 grudnia dotarliśmy do Salty.I znów niespodzianka- miało być 18 stopni, a było parno i gorąco, chociaż wedle przewidywań wieczorem spadł deszcz (i to nawet z gradem!). Rano przy śniadaniu poznaliśmy grupę Basków, którzy wynajętym autem chcieli wyruszyć w trip po okolicznych trasach winiarskiego Cafayate. Jako, że mieli 2 wolne miejsca w samochodzie, spakowaliśmy nasze ciuchy (+mokre pranie:) i wyruszyliśmy razem z nimi. Dotarliśmy w obszary, do których nie dojeżdżają autobusy i uświadomiliśmy sobie, że droga jest pojęciem względnym i tak naprawdę mogłoby jej wogóle nie być. Przeważnie podróżowalismy po drogach szutrowych, kilka tysiecy metrów nad poziomem morza. Drogi zupelnie dzikie, niczym nie zabezpieczone i w niektórych miejscach przejezdne tylko w jedną stronę. Jednak Filip był niezwykle „:D” z możliwości prowadzenia auta w takich warunkach.

Mieliśmy okazję zobaczyć cudowne krajobrazy, urozmaicone kilkumetrowymi kaktusami, oraz miejsca w których życie płynie zupelnie inaczej… Trasa prowadziła z Salty przez Cachi, Molinos (tam spaliśmy), Angastaco do Cafayate (gdzie degustowalismy wina Nanni), a następnie ponownie do Salty. W tak małych miejscowościach dostrzec można ewidentną manipulację cenową- niektóre sklepy na widok naszych białych twarzy windowały ceny.

Jak na razie zostajemy w deszczowej Salcie, z której za dwa dni planujemy wyruszyć do Boliwii.