Posted in Listopad 2011

Argentyna

Od dwóch dni znajdujemy się w Argentynie. Miało być taniej, a nie jest. Ale za to są nowe przygody np. nocleg z podejrzanymi typami w hostelu. Oboje wygladali jak prosto z brazylijskich faveli. Pomijajac fakt, że byli naćpani, to jeden z nich cieszył się niezmiernie, że na święta wybywa do „nowa jorka”. Na pytanie eF co będzie tam robił, zaczął się dziwnie plątać… W ostatnim czasie poznalismy również miłą ekpię niemiecko- angielsko-norwesko-hiszpańską, z ktorą przekraczaliśmy  granicę Brazylii i Argentyny. W Argentynie spotykamy zadziwiająco dużo Polaków (w hostelu jest silna reprezentacja ok 15 os.!).

Zarówno brazylijska jak i argentyńska strona wodospadów iguzau wywarła na nas duże wrażenie.  Porównując obie strony, nie jesteśmy w stanie opowiedzieć się za ktrórąś z nich. Obie oferują niepowtarzalne doznania. Są to jedne z najpiękniejszych i najwiekszych wodospadów na świecie.  Oprócz Polaków, można tam tez spotkać „różne dzikie okazy:P”.  Ponoć żyją tam oceloty, jaguary, tukany itd., my natrafiliśmy jedynie na kajmany, legawany i ostronosy polujące na turystów i ich kanapki :)

Powracając do tematu życia w Argentynie, to pomimo ‘przyjemnego’ ciepła (30’C o 8 rano), napotkalismy na wiele problemów jeśli chodzi o wybranie gotówki z bankomatów. W Puerto Iguazu są trzy i z żaden z nich nich nie akceptował kart master. Nie ma tu również świateł na przejściach dla pieszych (są tylko dla zmotoryzowanych), a kaucja za butelkę piwa wynosi ¾ jego wartości. Dziś w końcu spróbowaliśmy prawdziwych krwistych, argentyńskich steków, które przybyły do kuchni  5 minut po naszym zamówieniu.

Jutro wyruszamy do Buenos Aires.



Miasto Boga

We wtorek wystartowalismy z LHR do Rio. Musimy przyznać, że wielkość lotniska i sprawność obsługi zrobiła na nas ogromne wrażenie.  Po przebyciu ok 8000 km i nadrobieniu zaległosci w filmach, wyladowalismy w Brazylii. Rio przywitało nas deszczem. Jako, że dotarliśmy w godzinach późno-wieczornych czyli ok 23, szarpęliśmy się na taksówkę. Koszt = 89 reali!,ale bezpieczeństwo przede wszystkim.  Warto w tym momencie wspomnieć o kobietach sprzedających Vouchery na taksowki. Istny cyrk. Jeszcze moment, a bylibyśmy świadkami krwawych starć o 30 dolarów ;)

Taksówka zawiozła nas pod same drzwi hostelu pokonując przy tym z niezwykłą sprawonością niekończące się serpentyny. Rano zjedliśmy smaczne acz średnio urozmaicone śniadanie,  z widokiem na (według przewodnika) malownicza dzielnicę Santa Teresa. Nas ten widok przyprawiał o gęsią skórkę – rozpadające się budynki, dzieci biegające na boso, wiszące kable i płoty pod napieciem.  Z lekkimi obawami wyruszyliśmy jednak w miasto. Przespacerowaliśmy się do Lapy, a następnie do centrum. Skąd złapaliśmy (dosłownie!) autobus na dworzec autobusowy by zakupić bilety na dalszą część podróży. Łapanie autobusu w Rio… Przystanki są, ale w którymkolwiek miejscu wyciągnie się rękę i wymownie zamacha – autobus się zatrzyma. Trzeba też liczyć się wsiadaniem i wysiadaniem na środku kilku pasmowej ulicy. Sprawa ma się inaczej gdy stoimy zbyt blisko świateł (czyt. gdy kierowca może zobaczyć, że jest światło zielone)- wtedy zwycięża w nim chęć szybkiego pokonania skrzyżowania.  Na St. Teresa spędziliśmy dwie noce i dopiero wyjeżdżając z niej mini busem (WV T1 :)!), odkryliśmy jej urok. W busie poznalismy młoda brazylijkę, która kilka lat temu odwiedziła nasz kraj, bedac u naszych zachodbich sasiadów. Tak na marginesie, cudownie jest podróżować  dziwnymi środkami transportu :)

Dziś przperowadzilismy się do dzielnicy Botafogo- zupełnie odmiennej od świętej Tereski. Odwiedzilismy również kultowa Copacabanę i Ipanemę, a także Cristo Redentor, czyli Chrystusa Zbawiciela, którego otwarte ramiona witają wszystkich przybywających do miasta. Mimo, że „Aragorn” ze Świebodzina jest większy, to jednak Chrystus z Rio wygrywa- ma lepsze iwdoki :)

W Mieście Boga spędzilismy trzy dni i wystarczyły one na ogólne zapoznanie się zmiastem. Favele zostawiamy Policji, my nie mielismy zamiaru ich odwiedzać(każdy policjant którego spotkalismy na swojej drodze posiadał kamizelkę kuloodporną, niektórzy  broń długą). Jutro (a w sumie dzisiaj wg polskiego czasu) pakujemy nasze tyłki, przypieczone słońcem prosto z Copacabany, do autobusu i kierujemy sie w stronę granicy brazylijsko-argentyńsko-paragwajskiej. Przed nami 24 godzinna podróż. Bez odbioru.

Więcej zdjęć w galerii.

a&f

Dzisiaj Londyn jutro Rio ;)

18 listopada wieczorem dotarliśmy do Londynu. Piękna słoneczna pogoda powitała nas równie milo, jak Julia, Maciek i Hania, u których mieliśmy przyjemność zamieszkać. Przez ostatnie trzy dni staralismy się zobaczyć wszystko, co jest możliwe do zobaczenia w ciągu trzech dni… czyli prawie nic, biorąc pod uwagę wielkość metropolii. Pierwsze spostrzeżenie? Bardzo przyjazne, kosmopolityczne i drogie miasto. Koszty miejskiego tubea wynagradzają: piękna architektura, bogate muzea i wielki ”klimat”, którego nie da się opisać słowami. Cieszymy się, że naszą przygodę rozpoczęlismy właśnie od tego miasta, szczególnie że to była nasza pierwsza wizyta w tej pięknej stolicy. Oczarowani Canary Wharf, żyrandolami z Lyberty, zapachami w Chinatown, dinozarami z Natural History Museum czy gwiezdnym pyłem, jestesmy pewni, że na pewno tutaj wrócimy! Jutro rano startujemy do Rio de Janeiro- przed nami prawie 12 godzin lotu i gorące słońce! ;)
W galerii dodajemy więcej zdjęć, pozdrawiamy!

Już czas! :)

Z przemyśleń po północy: ten tydzień minął strasznie szybko, a ja czułem się jak kierowca bombowca. Jeszcze wczoraj był poniedziałek, a dziś już piątek! Ostatnie roszady w plecaku, fryzjer i … pierogi na finiszu ;)

Plecaki spakowane (poranny test z Luną na smyczy :D), paszport w kieszeni, franklin w portfelu…
Podsumowując: czas zwiewać od tego zimna – jedziemy za słońcem! :)
3majcie kciuki!